
Sardečna zaprašajem na veb-staronku mižnarodnaj inicyjatyvy “Bałtyjskaja Ukraina”
daliej ...
Na północnym froncie bez zmian
Kontrolowany przez Łukaszenkę białoruski parlament zatwierdził obecnego premiera Siarhieja Sidorskiego na następną kadencję.
W ten sposób oficjalny Mińsk ogłosił, że żadnych zmian w gospodarce na razie nie będzie. Siarhiej Sidorski stanął na czele rządu w lipcu 2003 roku jako tymczasowy następca Hienadzia Hawickiego, który utracił zaufanie dyktatora. Jednak z techniczno-przejściowego premiera Sidorski nieoczekiwanie przetworzył się na pełnoprawnego szefa rządu. Odpowiednie rozporządzenie A. Łukaszenka wydał w grudniu 2003. Sidorski pracuje w Radzie Ministrów od 2001 roku; był on, między innymi, zastępcą poprzedniego premiera.
Jak twierdzą politolodzy, w obecnej sytuacji Łukaszenka ze świecą mógłby szukać lepszego wykonawcy swojej polityki. Sidorski jest uznawany za klasycznego technokratę, dobrego organizatora, który sprawnie administruje gospodarką. Właśnie administruje, bo białoruski premier nie jest samodzielną figurą. Wszystkie strategiczne decyzje należą wyłącznie do Łukaszenki i służb specjalnych. Sidorski dobrze wpisuje się w te realia, nie wtrąca się do polityki i jest całkowicie posłuszny swemu szefowi. Za to nie jest nadgorliwym realizatorem aparatu represji. Ten fakt nie obszedł uwagi Brukseli – premier nie trafił na „czarną listę” osób z kręgu władzy, którym zabroniono wjazdu na teren UE, chociaż jest na niej trzech ministrów jego rządu. Białoruski premier natomiast koncentruje się na sprawach gospodarczych, w których ma dosyć dużą autonomię. Oczywiście, w granicach szczególnej polityki, którą wyznaczył Łukaszenka.
Powtórna nominacja Sidorskiego świadczy też o tym, że żadnych rynkowych przemian na razie nie będzie. Zresztą, coraz więcej analityków twierdzi, że A. Łukaszenka „zagnał się w kozi róg” i zmienić model gospodarczy państwa nie będzie mu łatwo. „Ogromne pokłady gotowej produkcji zalegają w magazynach. Deficyt gotówki pokrywa się z kredytów bankowych, co powoduje zagrożenie kryzysu i zawału gospodarki. Rentowność gospodarki jest nadzwyczaj niska” – ogłosił były prezes Narodowego Banku Białorusi Stanisław Bahdankiewicz w eterze Radia Swoboda. Reformy gospodarcze, rezygnacja z rosyjskich dotacji w zamian za niezależność, prywatyzacja – wszystko to musiałoby doprowadzić do bankructwa wielu przedsiębiorstw, wzrostu bezrobocia i niezadowolenia społecznego, na fali którego dyktator mógłby utracić władzę. Jednak utrzymywać obecny kurs w nieskończoność się nie da, bez reform wzrost gospodarczy będzie trwał jeszcze maksimum trzy lata, uważają białoruscy ekonomiści.
Białoruskiemu premierowi na razie udawało się godzić te dwie skrajności, dlatego utrzymywał się na swoim stanowisku. Rząd bardzo skutecznie zdobywał pieniądze dzięki przetwórstwie nadwyżek rosyjskiej ropy, handlu bronią z totalitarnymi państwami, tranzytowi surowców energetycznych i zwykłych ładunków, wdając się nawet do nielegalnej konfiskaty znacznej części towarów przez celników. Do obiektywnych osiągnięć Rady Ministrów można zaliczyć zniżenie inflacji do poziomu poniżej 10%, wzrost oficjalnej średniej pensji do 267 dolarów i znaczne inwestycje w infrastrukturę. Sidorski stara się pogodzić dyktaturę ze zwiększeniem wolności gospodarczej, ale mu się to za bardzo nie udaje. Niedawno ogłosił, że udział kapitału prywatnego ma się zwiększyć z obecnych 8% do 20%. Równocześnie ten sam rząd w ubiegłym roku wprowadził podwójne opodatkowanie importowanych towarów, co było gwoździem do trumny drobnej przedsiębiorczości i wywołało falę protestów (luty-marzec 2005). Rząd Sidorskiego wyrzucił też prywatne kioski poza granice Mińska i miast wojewódzkich, praktycznie zabronił (czasowo) importu popularnego na Białorusi ukraińskiego piwa, niektórych materiałów i surowców. Wszystko to miało uporządkować miasto, stymulować gospodarkę narodową i zapewnić wzrost dochodów budżetowych. Zamiast tego w ciągu kilku dni lipca zaczęło brakować pewnych produktów, gdyż bez importowanych surowców białoruskie przedsiębiorstwa nie mogły ich wytwarzać.
Takie działania większość mińszczan przyjęła z niezadowoleniem, jednak nie pomyśleli o aktywnym proteście. O tym korespondent „Hazety” przekonał się podczas ostatniej wizyty w białoruskiej stolicy.
Co ciekawe, sankcje UE i USA w postaci zakazu wjazdu dla części białoruskich aparatczyków mimo wszystko przyniosły pewne sukcesy. Siarhiej Sidorski rozpoczął wczoraj swoją wizytę na Kubę. Większość Białorusinów, jednak, nie dowie się, że ze składu delegacji trzeba było wyłączyć dwie osoby, które znajdywały się na liście UE. Przez nich samolot z Sidorskim po prostu nie mógł dolecieć na Kubę. Podczas przelotu zaplanowano dwa lądowania w celu uzupełnienia paliwa – na Islandii i w Kanadzie. Islandia uprzedziła, że dopuści zatankowanie paliwa na swoim terenie jedynie pod warunkiem, że żadna z tych dwóch osób nie będzie opuszczać pokładu samolotu. Natomiast Kanada całkowicie odmówiła spełnienia prośby Białorusi, przypominając sobie niedawne aresztowanie w Mińsku kanadyjskiego dziennikarza podczas wydarzeń marcowych. Niepożądane osoby trzeba było wyłączyć ze składu delegacji, i dopiero wtedy samolot z Sidorskim zgodziły się przyjąć USA.
Lwiwska Hazeta, Piątek, 21 kwietnia 2006 r. № 74 (881)
Baćka godzi się z Polską
Alaksandr Łukaszenka niespodziewanie przekazał Warszawie pakiet konkretnych propozycji współpracy, które bardzo spodobały się polskiemu MSZ.
„Chcemy ułatwić kontakty przeciętnych obywateli naszych krajów, zintensyfikować współpracę ekonomiczną, przygraniczną i kulturalną, uporządkować bazę prawną wzajemnych stosunków” – ogłaszają białoruscy dyplomaci.
W dokumencie proponuje się, między innymi, wzajemne obniżenie opłat wizowych oraz uproszczenie procedury ich uzyskania dla mieszkańców pogranicza. Aby skrócić czas oczekiwania na granicy, A. Łukaszenka zaproponował w krótkim czasie zbudować dwa nowe przejścia graniczne: „Tomaszówka – Włodawa” i „Lipszczany – Sofijewo”. Mińsk chce również otworzyć w lecie dla ruchu turystycznego Kanał Augustowski – największą wspólną inwestycję Polski i Białorusi.
Prawdziwym wabikiem dla Polaków jest prawna część pakietu. Do tej pory polscy eksporterzy, którym białoruscy celnicy bezczelnie i dosyć regularnie konfiskowali towar, mogli jedynie pokornie spoglądać na ten proceder. Praktycznie żadne umowy międzynarodowe nie chroniły ich przed takimi działaniami. Co więcej – przez brak dostatecznych uregulowań prawnych w stosunkach polsko-białoruskich, pożegnało się z życiem kilku polskich obywateli, których stan zdrowia wymagał natychmiastowej hospitalizacji – łukaszyści przetrzymali ich na granicy za długo. Teraz miałoby się to zmienić. Mińsk zaproponował zawarcie trzech umów: o granicy polsko-białoruskiej i współpracy w sprawach transgranicznych, o wspólnym przeciwdziałaniu sytuacjom nadzwyczajnym i likwidacji ich skutków oraz o współpracy przy realizacji kontroli paszportowej i celnej na granicy. Oprócz tego, baćka dał dobro na zawarcie innej długo oczekiwanej umowy – o współpracy w sferze ochrony środowiska naturalnego.
A. Łukaszenka chce również rozwijać wymianę kulturalną, pomagać polskiej mniejszości narodowej na Białorusi i białoruskiej w Polsce. Co charakterystyczne, w kulturalnej części pakietu jest mowa przede wszystkim o promocji polskości. Łukaszenka sprytnie uniknął popularyzacji języka białoruskiego, którego dyktator nie lubi. Nie ma też mowy o prezentacji Polakom narodowych symboli, historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Białoruskiej Republiki Ludowej. Współpraca kulturalna nie przewiduje również zaznajamiania zachodnich sąsiadów z twórczością takich osób, jak np. Wasyl Bykau. Mając to wszystko na uwadze, trudno jest mówić, że baćka chce zapoznać sąsiadów z prawdziwą Białorusią i jej kulturą – raczej prezentować chciałby jej postsowiecką, zrusyfikowaną hybrydę. Tym bardziej, że z oczywistych względów nie ma mowy o zorganizowaniu koncertów współczesnej alternatywnej muzyki rokowej (zabronionej na Białorusi) – czyli tego, co najbardziej interesuje Polaków. Natomiast baćka zaproponował zorganizowanie „polskiego dnia” podczas dorocznego festiwalu „Słowiański bazar” w Witebsku. Zgoda Polaków mogłaby legitymizować ten nadzwyczaj skuteczny środek propagandy łukaszystowskiej ideologii na płaszczyźnie kulturalnej.
Pierwsze komentarze, które zabrzmiały po konferencji prasowej białoruskiego ambasadora Pawła Łatuszki, dają podstawę dla pewnych spekulacji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nazwało propozycje Mińska „istotną i pożądaną zmianą tonu rozmowy”. MSZ zapewnia, że większość propozycji (w tym, wizowo-granicznych i prawnych) ma charakter bardzo korzystny i konstruktywny. „Jednak nasza negatywna ocena reżimu nie zmienia się, gdyż to, co przywiózł pan Łatuszka, nie dotyczy najistotniejszych problemów: fałszerstw wyborczych i nielegalnych aresztowań” – dodają polscy dyplomaci. Eksperci z otoczenia polskiego rządu wyrażają opinię, że rewolucja na placu Kalinowskiego (Kastrycznickiej Płoszczy) i międzynarodowa presja na tyle osłabiły reżim, że jest on zmuszony iść na ustępstwa m. in. Warszawie. Wiele propozycji będzie sprzyjać rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego i zwiększeniu wolności osobistej poszczególnych obywateli Białorusi (np. ułatwienia wizowe), co Łukaszence nie bardzo pasuje. Jednak to dla dyktatora jedyny sposób częściowo przełamać izolację, uważają eksperci. Równocześnie zastrzegają oni, że w wielu punktach pakietu czai się prowokacja – realizując niby to pożądane projekty, Warszawa może nieświadomie legitymizować przestępczą politykę reżimu.
Największe niebezpieczeństwo czai się w kulturalnej części. Dla przeciętnego Polaka te propozycje wyglądają niewinnie, co daje Warszawie doskonałe możliwości dla PR-u. Baćka celowo umieścił miło brzmiące propozycje skutkujące „wzmocnieniem polskości na kresach”, co doskonale wpisuje się w narodowe kompleksy niektórych Polaków. Znamienne, że ostatnim czasem polskie MSZ zupełnie nie osądza rusyfikacji Białorusi, a nawet bierze w niej udział. O tym korespondent „Gazety” po raz kolejny przekonał się, telefonując do mińskiego konsulatu RP. Głos z automatu – rosyjskojęzyczny, a operator odmówił rozmowy w języku białoruskim. W konsulacie brakuje białoruskojęzycznych wersji ankiet wizowych, a wnioski na otrzymanie grantów i stypendiów również tłumaczą w większości przypadków jedynie na język rosyjski. Polacy nie zdają sobie sprawy, jak ważne jest wspieranie odrodzenia narodowego Białorusinów, ich języka i nierosyjskiej kultury. Otóż, nie jest wykluczone, że polski MSZ nieświadomie będzie pomagać Łukaszence utwierdzać swoją czerwono-zieloną ideologię pod szczytnymi hasłami pojednania i wymiany kulturalnej.
Lwiwska Hazeta, Czwartek, 27 kwietnia 2006 r., № 75 (882)
Obiecanka-cacanka
Uczestnicy antyłukaszystowskiego ruchu niespodziewanie natrafili na przeszkody tam, gdzie ich nie oczekiwali: mają problemy z wyjazdem na Basowiszcza – festiwal zabronionej na Białorusi „muzyki wolności”, który odbędzie się 21-23 lipca w Gródku w Województwie Podlaskim Polski.
Obowiązująca polsko-białoruska umowa o ruchu osobowym przewiduje, że obywatele Białorusi powinni czekać na polską wizę nie dłużej, niż tydzień. Do niedawna proces wydawania wiz odbywał się sprawnie, a podczas gorących wydarzeń marcowych urzędnicy w Warszawie przekonywali młodych białoruskich aktywistów: zawsze możecie na nas liczyć. Jak się okazało, niezupełnie. Większość chętnych nie będzie mogła pojechać w tym roku na Basowiszcza, bo na polską wizę trzeba czekać... półtora miesiąca.
Warszawa, widać, nie uświadamia sobie, jaką rolę w demokratyzacji Białorusi i jej odrodzeniu narodowym odgrywają „Basy”. Tam zbierają się wyjątkowo aktywni zwolennicy przemian, na festiwal przyjeżdżają również Polacy i polscy Białorusini. Dla wielu to jedyna okazja porozmawiać z przedstawicielami sąsiedniej nacji, dowiedzieć się czegoś więcej o Białorusi, przełamać negatywne stereotypy. Jak zaznaczają organizatorzy imprezy z Białoruskiej Asocjacji Studentów (BAS), takiego zbliżenia sąsiednich narodów nie da się osiągnąć za pomocą sankcji i unijnych projektów.
W Haradku zewsząd brzmi białoruskojęzyczny rok, który na Białorusi można usłyszeć jedynie w podziemiu, łopoczą narodowe, biało-czerwono-białe flagi. W ciągu kilku dni Białorusini mają możliwość w nieskrępowany sposób rozmawiać w ojczystym języku. Jak zaznaczają opozycyjni aktywiści, takie przedsięwzięcia dają im nadzieję na zmiany i siłę dla dalszej walki, a wiele osób wyczekuje następnych „Basów” przez cały rok. Białorusini uznają ten festiwal za jedną z najbardziej skutecznych form wsparcia odrodzenia narodowego, które organizuje się za granicą.
W zeszłym roku miałem okazję osobiście przekonać się o tym. Razem z białoruskimi przyjaciółmi jechaliśmy autostopem z Mińska do Haradka. Wbrew temu, co mówią o „poparciu baćki w narodzie”, kierowcy i inne osoby, z którymi rozmawialiśmy odnosili się do nas przychylnie. Spotykaliśmy po drodze zwolenników białoruskojęzycznego roka, znanych nam z widzenia z protestów przeciwko zmiany nazwy stołecznej Alei Skaryny na Aleję Niezależności (motywem było zatarcie pamięci o białoruskości). W tych dniach wiele się mówiło o tym, że baćka ma zamiar nie wypuszczać obywateli za granicę, albo utrudniać im to. Między innymi, rząd planował wprowadzenie dodatkowej trzydolarowej opłaty za przekroczenie granicy (oprócz już istniejących „opłat ekologicznych”), która następnie systematycznie, chociaż bez rozgłosu, miała być podwyższana.
Ciekawe, że białoruscy pogranicznicy nie tylko nie robili nam żadnych przeszkód, ale wręcz sprzyjali nam, odprawili szybciej, życząc przy okazji dobrej zabawy. Nikt nawet nie przypuszczał, że w następnym roku drogę na święto niezależnego białoruskiego roka zamknie nie baćka, ale Polska.
Oficjalna Warszawa nie komentuje sytuacji. Pracownicy konsulatów nie uznają za celowe wyjaśniać przyczyny długotrwałego oczekiwania na wizy, ani tym bardziej, przepraszać za niedotrzymanie obietnic. Wzruszając ramionami, tłumaczą, że wiele osób chce pojechać do Polski, i dlatego nie da się wydawać wiz szybciej. Jak dowiedziała się „Gazeta”, jedną z przyczyn kolejek są problemy kadrowe. W warunkach dyplomatycznego konfliktu ciężko jest prosić białoruskie MSZ o pomoc w ich rozwiązaniu. A jednak nie można zapominać, że obietnice polskich polityków zachęciły wielu Białorusinów. Nasi sąsiedzi mieli w pamięci niedawne deklaracje i byli pewni, że wizę otrzymają bez problemów, w ciągu ustawowych kilku dni, i dlatego nikt nie spieszył się przychodzić po wizy wcześniej.
Na wizie problemy białoruskich „partyzantów” się nie kończą. Obywatele RB powinni pokazać na granicy astronomiczną kwotę – co najmniej 150 złotych na każdy dzień pobytu, w gotówce. Większość młodych Białorusinów jeżdżących turystycznie do Polski preferuje aktywną, niedrogą formę wypoczynku – na przykład, jeżdżą autostopem i nocują w namiotach. Ale nie można tego zadeklarować zgodnie z prawdą pogranicznikowi, bo równałoby się to z nie wpuszczeniem do Polski. Zasady, które wprowadziło polskie MSZ, nie pozwalają wpuszczać na terytorium RP osoby, które otwarcie deklarują taką formę wypoczynku. Polskie przepisy przewidują, że Białorusini powinni nocować w drogich lub średniej klasy hotelach, a w namiotach na kempingu – nie wolno. W tej sytuacji Białorusini częściej wybierają wypoczynek na Ukrainie, której władze nie mają nic przeciwko aktywnej turystyce obcokrajowców.
Lwiwska Hazeta, Wtorek, 20 czerwca 2006 r. № 108 (915)
Białoruska moda na Lwów
Jeszcze nie wszyscy właściciele hoteli i restauracji nauczyli się zarabiać na turystach z Polski, jak Lwów niepostrzeżenie staje się turystycznym hitem u naszych północnych sąsiadów.
Z każdym rokiem do Lwowa przyjeżdża coraz więcej Białorusinów. Powinniśmy za to podziękować rządom kilku krajów Centralnej Europy, które wprowadziły dla Białorusinów szczelny reżim wizowy. A nie ma w tym szczególnej potrzeby, bo sytuacja finansowa Białorusinów nie jest zła, a jeszcze z każdym rokiem się polepsza. Dlatego nie ma co się obawiać ich masowego przyjazdu do pracy w Polsce, na Słowacji lub w Czechach – za niskie tam stawki dla gastarbaiterów.
A mimo to, Białorusini muszą bardzo drogo płacić za czeską, słowacką i estońską wizę, a na polską trzeba czekać nawet półtora miesiąca. A jeszcze dochodzi do tego aroganckie zachowanie wielu pracowników unijnych konsulatów i służb granicznych, długie oczekiwanie na zachodnich granicach oraz inne nieprzyjemności. Polską i litewską wizę wydają Białorusinom jedynie na kilka dni, przy czym studenci boją się przyznać, na przykład, że mają mało pieniędzy, albo że podróżują autostopem i nocują w namiotach.
W tej sytuacji Białorusini wybierają wycieczki do Rosji i Ukrainy. Warto zaznaczyć, że szczególnie młode pokolenie jest tam bardzo mobilne. Na Białorusi nie ma gór ani morza, a historyczna zabudowa miast i zamki są w większości zniszczone. Dlatego pozostaje wyjazd za granicę, a bez wizy można jechać jedynie do krajów WNP i Czarnogóry, a z bezpłatnymi wizami – na Litwę i Łotwę.
Wyjazdom na Ukrainę sprzyja bliskość geograficzna i językowo-kulturowa, a także powiązania rodzinne. Warto pamiętać, że kilka, a według niektórych szacunków – nawet kilkanaście procent obywateli Białorusi, ma ukraińskie pochodzenie. Jednak nawet ci, którzy urodzili się na Ukrainie i dobrze posługują się językiem ukraińskim (a takich osób jest niemało), niekoniecznie mają ukraińską świadomość narodową. Taki jest właśnie rezultat radzieckiej polityki „wymieszania narodów”.
Bardzo dużo Białorusinów przyjeżdża do Czernihowa i na Wołyń na zakupy. Produkty spożywcze są bowiem na Białorusi znacznie droższe, niż u wszystkich jej sąsiadów. Po artykuły spożywcze, papierosy i piwo jeżdżą mieszkańcy Polesia, a zakupić materiały budowlane przyjeżdżają nawet mińszczanie i mieszkańcy Grodna. Warto zaznaczyć, że hurtownie i sklepy Północnej Ukrainy są ważnym źródłem towaru, który sprzedaje się w prywatnych kioskach i na bazarach całej Białorusi. Przeważnie są to niewielkie partie towaru, które można przewieźć w samochodzie osobowym, a sprzedaje się je półlegalnie – bo gdyby spłacić wszystkie podatki, ich suma przewyższyłaby 100% zysku. Dzięki temu w Mińsku można kupić piwo „Czernihiwske” bez rosyjskich ani białoruskich napisów, jak tego wymaga ustawa, czy też popularny ukraiński keczup.
Dużą grupę białoruskich turystów stanowią ci, którzy w lecie wypoczywają na wybrzeżu. Popularne są także ukraińskie miasta – Kijów, Charków. Wiele osób jeździ tam w interesach lub odwiedzić rodzinę. Wschodnią i Południową Ukrainę szczególnie lubią łukaszyści – w tym mający związek z prześladowaniami funkcjonariusze reżimu. Wszystkie cywilizowane państwa, oprócz Ukrainy, zabroniły im wjazdu i zamroziły konta bankowe, a wypocząć nad morzem, ulokować pieniądze w mniej-więcej stabilnym banku czy też zalegalizować nielegalnie zdobyte środki – chce się bardzo.
Zwolennicy „baćki” nie mają dobrego zdania o Zachodniej Ukrainie. Uprzedzenia i propaganda są na tyle silne, że łukaszyści rzeczywiście boją się przyjeżdżać do Galicji i rozmawiać tu po rosyjsku. Jednak właśnie dzięki tym mitom rodzi się nowe zjawisko społeczne – moda na Zachodnią Ukrainę wśród wykształconej mińskiej młodzieży, która przeważnie pozycjonuje się jako białoruskojęzyczna.
Ta grupa białoruskojęzycznej młodzieży na razie stanowi jedynie kilka procent ludności stolicy, jednak z każdym rokiem się rozrasta. Rozmawiać po białorusku i występować przeciwko „baćki” w środowiskach studenckich jest po prostu trendy. To najaktywniejsza i najbardziej mobilna grupa społeczna i całkiem prawdopodobne, że w przyszłości właśnie ona będzie tworzyła oblicze nowej Białorusi.
Lwów, Iwano-Frankiwsk i Użhorod – to dla Białorusinów najbardziej „zachodnie” i „europejskie” miasta ze wszystkich, które można odwiedzić bez wizy. Podoba im się to, że w Galicji i na Zakarpaciu zachowały się całe kwartały średniowiecznej architektury, czego nie ma w białoruskich miastach. Nareszcie, bardzo im się podoba powszechna ukraińskojęzyczność, a niektórym i galicyjska „antyrosyjskość”, którą oni przeważnie przeceniają (nawiasem mówiąc, pod wpływem państwowej propagandy).
Obowiązkowym punktem każdej wycieczki są ulice Stepana Bandery i Dżochara Dudajewa, jak również inne obiekty, których nie znajdzie się na Białorusi (takie jak pomnik ofiarom komunizmu). Dosyć popularna jest Łysa Góra – i nic dziwnego, bo w centrach białoruskich miast czegoś podobnego nie ma). Białorusini często fotografują się z biało-czerwono-białą flagą na tle najbardziej charakterystycznych obiektów. To dla nich niewątpliwa oznaka wolności – w Rosji za coś takiego mogliby ich zaaresztować, nie mówiąc już o Białorusi.
Lwów i Iwano-Frankiwsk bardzo często są jedynie punktami przesiadkowymi podczas podróży w Karpaty. Białorusini najczęściej jeżdżą tam na weekendy majowe, na Nowy Rok oraz, co oczywiste, w lecie.
Z Mińska do Lwowa można się dostać na trzy sposoby. Najprościej – bezpośrednim pociągiem, co kosztuje ponad 60 hrn. Można również jechać z Mińska elektryczkami – z przesiadką w Baranowiczach, Brześciu, Zabołociu i Kowlu. Kosztuje to blisko 30 hrn, podróż jest bardzo męcząca, ale przynajmniej elektryczki są tak zestawione, że z jednej od razu można się przesiąść na następną. Nie brakuje i osób, które podróżują autostopem – nie przez brak pieniędzy, ale dla przygody.
Można przypuścić, że pierwsza osoba, która otworzy we Lwowie białoruską kawiarnię (z białoruskojęzyczną muzyką, narodową symboliką) czy księgarnię, zarobi na tym dosyć duże pieniądze. Na Białorusi zabroniono demonstrować narodową flagę i Pogoń, a białoruskie grupy rokowe takie jak „NRM”, „Nejro Dziubel”, „Krama” czy „Źmiaja” i inne dają legalne koncerty prawie wyłącznie za granicą. I właśnie dlatego co roku młodzi Białorusini jadą kilkaset kilometrów, aby 12 km za polską granicą usłyszeć naprawdę dobrą białoruskojęzyczną muzykę i zobaczyć zabronione symbole narodowe. Na Ukrainie tego specyficznego segmentu rynku turystycznego na razie zupełnie się nie dostrzega, a popyt wielki...
Lwiwska Hazeta, Piątek, 8 września 2006 r., № 163 (970)
Czy odbędzie się na Białorusi wojna generacji?
Podczas gdy ukraińskie społeczeństwo jest podzielone na bazie czynników geograficznych („pomarańczowy” Zachód i „biało-niebieski” Wschód), u naszych sąsiadów Białorusinów podobny konflikt zachodzi na płaszczyźnie demograficznej.
Białoruscy emeryci bardzo tęsknią za ZSRR i równocześnie bardzo lubią baćkę. A młode pokolenie przeważnie wyznaje narodowo-prozachodnią ideologię i jest krytycznie nastawione zarówno do Łukaszenki, jak i do radzieckiej przeszłości. Średnie pokolenie rozdzielone jest praktycznie po równo na zwolenników i przeciwników władzy, jednak nie wyraża swoich przekonań tak ostro, jak aktywna młodzież i nie mniej zdecydowani emeryci.
Na razie na Białorusi jest pełna stabilność. Buntownicza młodzież pryncypialnie przeciwstawia się obecnemu systemowi, a starsi ludzie nawet słyszeć nie chcą o żadnych przemianach.
Jednak czy tak będzie zawsze? Czy za dziesięć lat młodzież i ludzie w średnim wieku dla zasady będą rozmawiać po białorusku i demonstrować z biało-czerwono-białymi flagami na Placu Kastusia Kalinowskiego, a rosyjskojęzyczni emeryci będą spoglądać na to z ohydą? A co będzie za lat 15, 20? Może, kiedyś wszystko stanie na głowie i pojawi się nowe pokolenie – młodych, zdolnych, rosyjskojęzycznych „łukaszystów”, którzy z ideologicznych przyczyn będą przeciwstawiać się białoruskojęzycznej elicie?
Niewykluczone, że tak właśnie będzie. Można przypuszczać, że obecna opozycyjna młodzież w końcu wywalczy wymarzoną wolność i będzie kierować krajem. Jednak wtedy w „buntowniczym wieku” będą ci, którzy urodzili się już za Łukaszenki i kto bardzo ciepło wspomina swoją młodość. I ci ludzie będą aktywnie bronić ideologii, w którą szczerze wierzą. Bowiem ich dzieciństwo i młodość przypadły na czas imponującego „cudu gospodarczego”. Nie ma większego znaczenia, że ten „cud” był sztuczny i oparty na wirtualnych podstawach; nie jest ważne, że gospodarka na naszych oczach chwieje się razem ze wzrostem cen rosyjskich surowców energetycznych. Dla dzisiejszych dzieci sprawa będzie oczywista: „Kiedyś był dobry baćka, który dał wszystkim dobre wykształcenie i za jego rządów był dostatek, aż dopóki źli Amerykanie i opozycjoniści tego nie zepsuli”. Przyszła prorosyjska propaganda postara się, by właśnie tak ci ludzie myśleli, wchodząc w dorosłe życie.
Z każdym rokiem coraz mniej osób będzie tęsknić za Związkiem Radzieckim i komunizmem, a naród ostatecznie uzna za coś oczywistego życie w osobnym białoruskim państwie. Suwerenność RB, nawet tylko formalna, już stała się obiektem narodowego konsensusu. Przeciwko ewentualnego włączenia republiki do składu Federacji Rosyjskiej występują nawet zawzięci łukaszyści, co jeszcze dziesięć lat temu było nie do pomyślenia. Po ostatnich naftogazowych szantażach Moskwy i groźnych deklaracjach Łukaszenki pod adresem Kremla sympatia białoruskiego społeczeństwa do Rosji wyraźnie zgasła.
Jednak te zmiany świadomości nie odbywają się w całym społeczeństwie równomiernie. Emeryci raczej nie zmienią swej opinii o wschodniej sąsiadce, a na przykład ludzie w średnim wieku, mieszkańcy miast – już tak. Pogląd większości mieszkańców wsi na Rosję będzie zbieżny z oficjalnym stanowiskiem ministerstwa informacji. A dobrze poinformowana młodzież, jak zawsze, będzie myśleć po swojemu.
Pokolenie osób urodzonych w latach 1975-1988 nie przypadkowo obfituje w aktywnych wojowników za wolność i narodową godność. Bowiem ich dzieciństwo i młodość zbiegły się z burzliwym czasem tworzenia niezależnego państwa i względnej białorutenizacji lat 1990-1994. I kiedy w 1996 roku wszystko „przywrócono na swoje miejsce”, oni już jako całkiem świadomi ludzie odebrali to bardzo negatywnie. Było to dla nich jak kubeł zimnej wody, nad którym nie przeszli do porządku dziennego. Wiele uczestników wydarzeń marcowych z 2005 roku przyznaje, że właśnie te wydarzenia z dzieciństwa lub młodości odegrały decydującą rolę w formowaniu ich świadomości narodowej.
Jest jednak jeszcze jedna strona tego medalu. Najstarsze dzieci, które urodziły się już za Łukaszenki, mają dziś 13 lat. To niemało, a z każdym rokiem będzie więcej. Odkąd oni pamiętają, zawsze przy władzy był baćka. Prezydent i Łukaszenka – to dla nich synonimy. Herb – to jednoznacznie sowiecka „kapusta” (a nie narodowa Pogoń), białoruska flaga – czerwono-zielona (a nie biało-czerwono-biała), ojczyzna – Białoruś (a nie obszar poradziecki, jak dla ich dziadków), a język ojczysty – rosyjski. Innych skojarzeń dla wielu z tych dzieci na razie nie może być.
Podczas gdy „buntownicze pokolenie” uczy się politycznego sprzeciwu, baćka kontynuuje swoje autorytarne rządy. „Pokolenie NRM” (od nazwy kultowej grupy rokowej, która konsoliduje zbuntowaną młodzież) osiągnie pik swojej politycznej aktywności akurat podczas obecnej kadencji Łukaszenki. Wszystko byłoby jasne, gdyby buntownikom udało się przemóc łukaszyzm i zdobyć niezależność od Rosji przed 2011 rokiem, nie zamieniając równocześnie jednej dyktatury na inną. Jeśli nie (a jest to bardziej prawdopodobne), sprawa komplikuje się: na początku następnej dekady będą wchodzić w dorosłe życie pierwsi przedstawiciele „pokolenia Łukaszenki”, którzy również zapragną powiedzieć swoje dwa słowa.
Teoretycznie istnieją dwa warianty. Wychowane na propagandzie obecne dzieci zrozumieją, że to właśnie polityka Łukaszenki doprowadziła kraj do katastrofalnego stanu, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo energetyczne i suwerenność. „Chyba jednak rację mieli frontowcy, mówiąc o konieczności budowy Bałtycko-Czarnomorskiego Kolektora i stworzenia polityczno-energetycznego aliansu krajów Międzymorza, co ustrzegłoby kraj od rosyjskiego szantażu – mogą pomyśleć. „Po co było przywiązywać gospodarkę do niskich cen surowców, skoro nic to nie dało, a jedynie pogrążyło gospodarkę” – będą się dopytywać.
Możliwe, że właśnie tak będą myśleć za kilka lat ci, którzy wchodzą w dorosłe życie. I razem z trzydziesto-czterdziestoletnimi „doświadczonymi rewolucjonistami” zorganizują prawdziwy białoruski Majdan – przeciwko Łukaszence lub jego następcy.
Jednak może też być inaczej. Łukaszenka będzie udowadniać na ukraińskim przykładzie, że przeprowadzać kolorowych rewolucji nie warto. Opozycyjni politycy nadal będą zawalać każdą kolejną okazję zdobycia chociaż niewielkiego zwycięstwa nad reżimem. Służby specjalne skutecznie będą kompromitować opozycję, a metoda „sterowanego konfliktu” w połączeniu z państwową propagandą przyniesie oczekiwane przez władzę rezultaty. A sama Białoruś uniknie ekonomicznego krachu i pod presją okoliczności, zdyscyplinowana, będzie transformować swoją gospodarkę do modelu chińskiego lub koreańskiego.
Równocześnie pod czerwono-zielonym sztandarem białoruscy sportowcy będą zwyciężać na igrzyskach olimpijskich, a białoruscy naukowcy będą osiągać sukcesy o światowym znaczeniu, wzmacniając tym samym dumę z łukaszystowskiej ojczyzny. Nawet jeśli na miejsce Alaksandra Łukaszenki przyjdzie, powiedzmy, Siarhiej Sidorski, a system polityczny stanie się podobny do „późnego kuczmizmu”, naród będzie kojarzył wszystkie realne i wyimaginowane sukcesy właśnie z baćką.
Otóż o ile językowo-polityczna polaryzacja Ukrainy powiązana jest przede wszystkim z czynnikiem terytorialnym, to na Białorusi może ona wyniknąć na niwie demograficznej. A na to nałożą się również czynniki socjalno-ekonomiczne. Dzieciństwo osób urodzonych w latach 1975-1988 przypadło na czas kryzysu gospodarczego, ale i odrodzenia narodowego oraz ogromnych nadziei, powiązanych z wychodzeniem z komunizmu. Ich młodość – to czas prób i zdobywania życiowego doświadczenia – a trzeba przyznać, że życie tych ludzi nie rozpieszczało (zwłaszcza opozycyjnych aktywistów). Następne pokolenie wyrosło w lepszych z ekonomicznego punktu widzenia czasach i przyzwyczaiło się do względnego dobrobytu albo przynajmniej stabilności. Ale ci młodzi ludzie nie znają alternatywy dla systemu i ideologii, w jakiej wyrośli. To wszystko może mieć dla Białorusi daleko idące konsekwencje.
Lwiwska Hazeta, Wtorek, 13 lutego 2007 r. № 24 (94)
Wspólnota Bałtycko-Czarnomorska. Reaktywacja
Łukaszenka zagnał Białoruś w energetyczny i geopolityczny zaułek – uważa większość komentatorów niezależnego radia „Swaboda”.
Swój błąd pośrednio wyznał sam białoruski baćka. W ciągu ostatnich trzech miesięcy prezydent zaapelował o stworzenie konfederacyjnego państwa z Ukrainą, nazwał Rosję „nierzetelnym partnerem” w sferze naftogazowej, rozpoczął nieformalne konsultacje w zakresie koordynowania polityki tranzytowej Białorusi i Ukrainy oraz zaczął szukać alternatywnych źródeł surowców w krajach arabskich i na Zakaukaziu. A to nic innego, niż powrót do koncepcji Wspólnoty Bałtycko-Czarnomorskiej, którą w 1990 roku postulował Białoruski Front Ludowy.
Jednak baćka, chociaż i faktycznie apeluje o realizację poszczególnych elementów tego projektu, to równocześnie nie zaprzestaje represji przeciw tym przedstawicielom opozycji, którzy są gotowi warunkowo współpracować z nim przy wcieleniu w życie idei BCzS. Skutek takiej polityki jest oczywisty – prześladując ekspertów z dziedziny energetyki, reżim zmniejsza swoje szanse na wytrzymanie rosyjskiego szantażu. Do tego reżim nadal prowadzi brutalną rusyfikację kraju. To zupełnie nie sprzyja zachowaniu białoruskiej państwowości i przeczy słowom baćki o tym, że suwerenność jest dla niego święta.
Koncepcja Wspólnoty Bałtycko-Czarnomorskiej powstała w 1990 roku w Mińsku. Jej autor – Stanisław Husak, ekspert z dziedziny energetyki i równocześnie polityk Białoruskiego Frontu Ludowego. Zgodnie z pierwotnymi planami, w skład BCzS miały wejść przede wszystkim Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa i Estonia; później w tym kontekście zaczęto również rozpatrywać Mołdawię, kraje Zakaukazia, Polskę, Słowację i Rumunię. Autorzy koncepcji zauważyli, że w jakimkolwiek dwustronnym układzie (np. Rosja-Ukraina, Rosja-Białoruś) kraje Międzymorza zawsze będą na przegranej pozycji w porównaniu z Moskwą. Jedynie skoordynowana pozycja krajów Centralno-Wschodniej Europy zapewni im energetyczną niezależność, uważali autorzy projektu BCzS.
Nie mniej ważne jest i to, że w razie energetycznego szantażu, członkowie wspólnoty z łatwością mogliby przełączyć się na alternatywne źródła surowców. Umożliwiłby im to bałtycko-czarnomorski kolektor, który miał połączyć Odessę z łotewskim Venspils. Kraje BCzS miały wziąć na siebie zobowiązania pomagać sobie wzajemnie w razie powstania konfliktu z Rosją. Ropa i gaz miały przychodzić do regionu z trzech kierunków: z Rosji – rurociągami, z krajów arabskich i zakaukasko-kaspijskich (Azerbejdżan, Kazachstan) – przez port w Illicziwsku koło Odessy, a także z krajów Morza Północnego i z innych rejonów świata za pośrednictwem łotewskiego naftoportu.
Pierwsze międzynarodowe konsultacje na temat BCzS odbyły się 23-24 listopada 1990 roku w Mińsku. Spotkali się wtedy oficjalni przedstawiciele parlamentów Litwy i Łotwy oraz antykomunistycznej opozycji parlamentarnej Białorusi i Ukrainy. Reakcja radzieckiej jeszcze Rosji była natychmiastowa. Już 24 listopada KGB o mało nie zerwało posiedzenia deputowanych. Od razu z ostrym atakiem na projekt BCzS wystąpiła radziecka prasa. Dzieki prowokacjom służb specjalnych pojawiły się wzajemne pretensje terytorialne Białorusi i Litwy. Wskutek zawartego przez rządy Ukrainy i Rosji porozumienia handlowego, ukraiński metal trafił do Rosji, zamiast na Białoruś, co zepsuło stosunki Kijowa i Mińska.
Jednak delegacje krajów Międzymorza zdecydowały o tymczasowym zamrożeniu wszystkich tych konfliktów. Najważniejsze, to wspólnymi siłami przeciwstawić się rosyjskim imperialistycznym zamiarom, a dopiero później rozwiązywać sprzeczności wewnątrz Bałtycko-Czarnomorskiego obozu, postanowili politycy.
Jednak koncepcja BCzS nie znalazła poparcia wśród ówczesnej władzy BSSR i USSR. Co prawda, deputowani Białoruskiego Frontu Ludowego na początku wymogli od premiera Kiebicza poparcie tej idei i szef rządu nawet wydzielił pomieszczenie dla odbycia posiedzenia. Jednak zaraz po tym przedstawiciele KGB przeprowadzili poważną rozmowę z białoruskim liderem. Pod jej wpływem Kiebicz od razu zmienił swoją pozycję i zaczął czynić bariery wszystkim, kto pracował nad tym projektem. Podobna sytuacja miała miejsce na Ukrainie i jedynie rządy trzech krajów bałtyckich całkowicie poparły projekt BCzS.
Jednak dopóki Białorusią rządził Kiebicz, opozycja miała jeszcze pewne możliwości działania. W lipcu 1993 z inicjatywy liderów Białoruskiego Frontu Ludowego i Ludowego Ruchu Ukrainy – Zianona Paźniaka i Wiaczesława Czornowoła – odbyła się pierwsza Bałto-Czarnomorska konferencja: „Szlaki wyjścia z paliwowo-energetycznego kryzysu”. Wzięli w niej udział, między innymi, prezes terminalu naftowego w Ventspils, prezes Latvijasnafta, przedstawiciele Instytutu Transportu i Nafty z Kijowa oraz Ministerstwa Energetyki Białorusi. Organizatorom udało się włączyć do projektu banki, które zadeklarowały gotowość kredytowania niezbędnych inwestycji. A zarząd białoruskiej części ropociągu „Przyjaźń” zamówił w kijowskim Instytucie Transportu Ropy projekt bałto-czarnomorskiego kolektora.
Najważniejsze zadanie tej rury – to zintegrowanie systemów transportowych Ukrainy i Białorusi oraz przystosowanie ich do transportu nierosyjskiej ropy przez port w Illicziwsku. „Ten projekt opracowano i teraz prawdopodobnie leży on gdzieś w szufladzie Łukaszenki” – przyznał później inicjator bałto-czarnomorskiej koncepcji Stanisław Husak.
Na styczeń 1994 roku zaplanowano drugą konferencję na temat BCzS. Miała ona odbyć się w Kijowie, dlatego aktywny udział w jej przygotowaniu wzięli przedstawiciele ukraińskiego Ruchu. W pewnym momencie stało się tak, że wszystkie dokumenty miał w swojej dyspozycji polityk NRU Mychajło Bajczyszyn. Ukraiński polityk stał się jedną z pierwszych ofiar politycznych zabójstw na zlecenie służb specjalnych już jelcynowskiej Rosji. Bajczyszyn pożegnał się z życiem w niewyjaśnionych okolicznościach, a dokumenty wykradli „nieznani sprawcy”.
Potem przy udziale rosyjskich służb specjalnych Białoruski Front Ludowy rozpadł się na dwie części i utracił swoje pierwotne znaczenie na korzyść prorosyjskich opozycjonistów – „grantożerców”. Opozycyjni politycy, obecnie zrzeszeni w Koalicji Sił Demokratycznych Alaksandra Milinkiewicza, przeważnie unikali tematu Sojuszu Bałto-Czarnomorskiego. Krytykowali oni Łukaszenkę, ogłaszając równocześnie, że po ich zwycięstwie priorytetem polityki zagranicznej Mińska będą przyjazne stosunki z Moskwą.
Jednak pod koniec ubiegłego roku sytuacja zaczęła się istotnie zmieniać. Białorusini ostatecznie rozczarowali się w obecnych liderach opozycji, którzy niczego nie osiągnęli. Niezależne badania wskazują na wzrost popularności „starej gwardii” polityków, powiązanych z rozłamanym obecnie Białoruskim Frontem Ludowym. W odróżnieniu od prorosyjskich opozycjonistów – populistów, którzy nie mogą pochwalić się niczym konkretnym, spadkobierców BNF naród kojarzy z konkretnymi projektami i osiągnięciami. W tym i z odzyskaniem państwowości, częściową białorutenizacją początków lat dziewięćdziesiątych i z ideą BCzS, która do dziś nie straciła aktualności.
W takiej atmosferze pod koniec grudnia miński Instytut Państwowości i Demokracji opublikował materiały z „okrągłego stołu” na temat „Bezpieczeństwo energetyczne krajów Centralnej Europy”, który odbył się latem w białoruskiej stolicy. Wzięli w nim udział wiodący białoruscy i polscy eksperci z dziedziny energetyki. Spróbowali oni po raz kolejny przeanalizować perspektywy włączenia Białorusi do Wspólnoty Bałtycko-Czarnomorskiej, przystosowując stare koncepcje do dzisiejszych realiów.
Swoją koncepcję przedstawił i Stanisław Husak. Jego zdaniem, Białoruś wciąż ma szansę realizować ideę BCzS, chociaż przy obecnym prorosyjskim kierownictwie nie ma co się tego spodziewać. Dużym atutem jest istnienie ropociągu „Odessa-Brody”, połączonego z systemem transportowym Białorusi. Z technicznego punktu widzenia pozostaje dobudować kilkadziesiąt kilometrów rury, przystosować białoruski system do rewersowego kierunku i porozumieć się z Łotwą.
Na tym jednak formowanie BCzS-2 się nie kończy. „Najważniejsza sprawa – to demonopolizacja rynku energetycznego” – pisze Stanisław Husak. Zdaniem eksperta, należy również stworzyć wspólne centrum, które koordynowałoby politykę energetyczną krajów Międzymorza. Ukraina, zdaniem pana Husaka, powinna wybudować w Illicziwsku terminal dla przerobu 100 mln. ton ropy rocznie. Umożliwi to dostarczanie surowca z krajów arabskich rurociągami do portu Samsun i dalej tankowcami na Ukrainę, a także otrzymywanie jej z Kazachstanu, Azerbejdżanu i Iranu przez Gruzję. Pan Husak uznaje również za konieczne dostarczać dla Białorusi LNG przez polski lub litewski gazoport, a także zbudować na Białorusi elektrownię atomową.
Jak widać, propozycje ciekawe. Jednak ktoś musi je wcielić w życie. Czy zdatna to zrobić białoruska władza? Większość komentatorów w to wątpi.
Lwiwska Hazeta, Wtorek, 27 lutego 2007 r. № 34 (1080)
Pokolenie NRM
Czy muzyka może być nielegalna? Na Białorusi – tak.
Co prawda, nie reguluje tego żaden dekret, ale zespoły „NRM”, „Krama”, Neuro Dubel”, „Zet”, Źmiaja” i wiele innych, z zasady nie otrzymują pozwoleń na zorganizowanie dużych koncertów. Białoruskojęzycznej muzyki nie usłyszysz również w eterze – i to mimo wprowadzonego z inicjatywy władzy wymogu co najmniej 75% białoruskiej produkcji w radiu. Paradoksalnie, to dla baćki doskonały mechanizm... wykorzenienia słowa ojczystego. Płyty z białoruskomownym rokiem, nagrane za granicą (a tylko tam można to zrobić profesjonalnie i legalnie), ustawa traktuje jako zagraniczną produkcję. Tymczasem rosyjskojęzyczna popsa w wykonaniu miejscowych śpiewaków – to właśnie jest, zgodnie z oficjalną interpretacją, „białoruska muzyka”. Właśnie jej ma być nie mniej, niż 75%, a pozostałe 25% niech sobie będą i zagraniczne utwory, czyli... rosyjskie. To dopiero demokracja i swoboda wyboru!
Jednak im bardziej zabraniają białoruskojęzycznej muzyki, tym bardziej staje się ona popularna. Zdążono ją już określić „muzyką wolności”, i nie ma w tym przesady. Jest to bowiem jedna z niewielu form sprzeciwu, z jaką władza zupełnie nie może się uporać.
Na czym polega fenomen „muzyki wolności”? To muzyka światowego poziomu. Piosenki „NRM” słucha się w Londynie, Niemczech, na Litwie, w Polsce. Te utwory niosą pozytywną energię i agitują za wolnością skuteczniej, niż wszyscy politycy razem wzięci – a równocześnie nikomu niczego nie narzucają. Wielu młodych ludzi właśnie z tych tekstów nauczyło się języka białoruskiego i właśnie na koncertach (przeważnie zagranicznych) przełamali się i zaczęli w tym języku rozmawiać. Dzięki tym piosenkom w Mińsku pojawiła się moda na mówienie po białorusku, szczególnie wśród młodzieży.
Największe święto białoruskiej muzyki odbywa się co roku w drugiej połowie lipca w polskim Gródku, na Podlasiu. Wielu młodych Białorusinów i Polaków oczekuje cały rok, aby po raz kolejny znaleźć się na tej niezwykłej imprezie i spotkać dobrych znajomych. Właśnie na tym podlaskim festiwalu zawiązały się przyjaźnie, na bazie których później powstały nieformalne grupy opozycyjnych aktywistów. Bez „basów” nie byłoby marcowej rewolucji na Placu Październikowym – to nie ulega wątpliwości.
Jednak trzeba również pamiętać, że tegoroczne Basowiszcza mogły w ogóle się nie odbyć. Białorusini nawet nie przypuszczali, że mogą pojawić się problemy z otrzymaniem polskiej wizy – a tak właśnie się stało. Kiedy w Mińsku odbywała się rewolucja, polscy politycy i dziennikarze prześcigali się w obietnicach wspierania Białorusinów, jednak później szybko zapomnieli o swoich obiecankach.
W zeszłym roku w kwietniu-maju Polacy zaczęli znacznie wolniej wydawać wizy Białorusinom, nawet nie informując na stronach swoich konsulatów, że pojawiły się półtoramiesięczne opóźnienia. Dopiero w ostatniej chwili polska władza zgodziła się na przyspieszoną procedurę dla „basowców”. Niestety, nie wszyscy chętni trafili na tę imprezę.
Niezamożni przedstawiciele „pokolenia NRM” boją się powiedzieć polskiemu pogranicznikowi, że chcą nocować w namiocie (a na tym polega właśnie urok „Basów”) i nie mają astronomicznej sumy 150 złotych na każdy dzień pobytu w Polsce. Za taką deklarację grozi anulowanie wizy. Przyjazd białoruskich obywateli do Polski – nie taki znowu lekki.
Na szczęście takich problemów nie ma w przypadku przyjazdu na Ukrainę. Na lwowskich ulicach i karpackich ścieżkach młodzi Białorusini przyswajają lekcje ukraińskich przemian i przekonują się, że nie wystarczy pokonać dyktatora, aby pozbyć się wszelkich problemów (prorosyjscy „opozycjoniści” – populiści twierdzą inaczej). Wychodzi na to, że osobiste znajomości i spostrzeżenia są znacznie bardziej skuteczne, niż nie jeden program grantowy. Bez ukraińskiego „okna na świat” marcowa rewolucja na mińskiej Płoszczy na pewno by się nie odbyła – uważa wielu Białorusinów.
Również wielu zwolenników Łukaszenki po wizycie na Ukrainie zamyśla się nad stanem narodowego języka i kultury. A na przyszłość Ukrainy młodzi Białorusini patrzą nadzwyczaj pozytywnie. Są oni świadomi, że zmiany nie mogą odbyć się w ciągu roku czy dwóch, a transformacja musi przeboleć. Sukces Ukrainy na tym szlaku będzie dla wszystkich Białorusinów wyraźnym sygnałem, że jednak warto walczyć za prawdę i wolność.
Lwiwska Hazeta, Poniedziałek, 19 marca 2007 r., № 47 (1093)
| daslać list | ![]() |
FORUM | ![]() |
Autorski portal ekspercki. Partner inicjatywy „Bałtycka Ukraina”.





