Port Europa - Banderowcy jak czeczeńscy bojownicy. Dla jednych patrioci, dla innych terroryści



Sardečna zaprašajem na veb-staronku mižnarodnaj inicyjatyvy “Bałtyjskaja Ukraina”

daliej ...

Banderowcy jak czeczeńscy bojownicy. Dla jednych patrioci, dla innych terroryści

Pragnienie podzielenia się wspomnieniami wynikło u mnie po pojawieniu się dekretu prezydenta o nadaniu Stepanowi Banderze tytułu Heroja Ukrainy.

Kiedy ja po raz pierwszy usłyszałem to imię?

To było na Zachodniej Ukrainie, dokąd mojego ojca po wojnie wysłali do pracy dla rozwiązania problemów rozwoju gospodarki i przemysłu. Ale, jak się potem okazało, fachowcy przysłani tu ze Wschodniej Ukrainy i Rosji mieli rozwiązywać przede wszystkim ideologiczne problemy – kolektywizacji ukraińskiej wsi.

My z mamą, powróciwszy z ewakuacji, z radością przyłączyliśmy się do ojca. Przyjechaliśmy do powiatowego miasteczka Mykołajiw (nie mylić z metropolią Mykołajiw nad Morzem Czarnym) – prowincjonalnej miejscowości z półwiejską architekturą, która nie zmieniała się czterysta lat, z tradycyjną prawosławną cerkwią i katolickim kościołem. Z przemysłu była tam jedynie mleczarnia, a trochę później rozpoczęła się budowa gigantycznego cementowego kombinatu.

Ale jakaż tam była przyroda! Przykarpacie z jego pagórkami, lasami, rzekami, bagnami, jeziorami, pełnymi dziczyzny i ryby, czyste orzeźwiające powietrze – wszystko to nam z mamą wydało się rajem na ziemi, zwłaszcza po czteroletnim pobycie na stepie, w piaskach Uzbekistanu. A jeśli dopełnić te wrażenia obecnością produktów spożywczych, które przywozili chłopi, to tak chciało się żyć do końca swoich dni.

Ja, jak i można było oczekiwać od dziecka, momentalnie nauczyłem się ukraińskiego, potem poszedłem do ukraińskiej szkoły, zaprzyjaźniłem się z miejscową dzieciarnią, łatwo przyswoiłem jej zwyczaje, z powagą odnosiłem się do niezwyczajnych dla mnie religijnych obrzędów, jednym słowem – stałem się swój wśród przed tym cudzych dla mnie ludzi.

Moja mama po przygnębiającym życiu w ewakuacji doskonale czuła się w tej atmosferze, szybko przyzwyczajając się do języka, zwyczajów. Początkowo dziwiło ją niespodziewane, ukraińskie zwracanie się do wszystkich per „pani”, ale co najważniejsze, mama z powagą odnosiła się do kultury, języka, religii i tradycji miejscowej ludności. Ludzie odpłacali się tym samym.

Tymczasem ojciec (za poglądami – ortodoksyjny komunista) więcej czasu spędzał nie w pracy, ale w nieskończonych wyjazdach z wykładami i spotkaniami w różne wioski, namawiając milczącą i nasrożoną audytorię do radosnego przyjęcia wartości komunistycznego sposobu życia. W tych delegacjach najważniejszym był wczesny (nie zostając na noc) powrót do domu, bez względu na ubezpieczenie w postaci broni (a u ojca po wojnie był w domu cały arsenał) i ochronę.

Nie zasypiali i ojca koledzy (również radzieccy towarzysze), którzy prowadzili odpowiednią „pracę wyjaśniającą” z miejscową ludnością już w organizacjach, które przedstawiały sobą władzę. Tak, ojciec mojego kumpla, pan Anatoli, pracując w Urzędzie Gminy, stosował trochę inne metody. Zazwyczaj zaczynał od przekonywania człowieka do konieczności wstąpienia do kołchozu słowami: „Przecież nie jesteś obszarnikiem, masz tylko dwa konie i jedną krowę. A wstąpisz do kołchozu – od razu otrzymasz w dzierżawę dziesiątki koni i krów, setki hektarów ziemi. I będziesz z kolegami żyć bogato, radośnie, budując świetlaną komunistyczną przyszłość!”. A ponieważ z reguły „ograniczoność politycznej edukacji” rozmówcy nie pozwalała mu podzielić takich „światłych” poglądów, to pojawiała się i inna argumentacja: „No jak, będziesz występować przeciwko radzieckiej władzy, czy podpiszesz?”. Takie argumenty z reguły kończyły się już obopólną zgodą i „dobrowolnym” wstąpieniem do kołchozu.

No, a wieczorami schodziła się miejscowa elita, która składała się z partyjnych pracowników, wojskowych dowódców i wszelakich naczelników, organizowana była dobra impreza z wymianą wrażeń i toastami za dobrego towarzysza Stalina i za zwycięstwo komunizmu na całym świecie. I co najważniejsze – wtedy wszystko to było szczere!

Ale zawsze trwożnie pobrzmiewał temat „banderowców”. Ja jako dziecko instynktownie wyczuwałem w tym niebezpieczeństwo, a otrzymać obiektywną informację nie było jak: miejscowi mieszkańcy bali się otwarcie rozmawiać na te tematy, a radzieccy towarzysze ograniczali się mówieniem o banderowcach samych najgorszych rzeczy, nawet nie myśląc o rozpatrywaniu politycznych aspektów tego tematu.

Dlatego wszystko musiałem poznawać poprzez osobiste doświadczenia i obserwacje.

Ja do dziś pamiętam, jak bardzo byłem przejęty, widząc oberwanego, zarośniętego mężczyznę ze związanymi rękami, który szedł przez skwer pod konwojem młodego żołnierzyka, trzymającego za jego głową gwintówkę. Na twarzy radzieckiego żołnierza nie było jednak śladów radości ze złapania „wrogiego” partyzanta. Poszli oni w stronę wojskowego garnizonu, a ja jeszcze długo spoglądałem za nimi.

Pamiętam, jak mama była przejęta, gdy powiadomiono nas, że banderowcy zranili drugiego sekretarza komitetu powiatowego partii (kolegę ojca) podczas kolejnego wyjazdu z wykładami na wieś (był to taki sam wyjazd, jak u ojca). A potem podczas wojskowej operacji w lesie zabili dowódcę wojskowego garnizonu, dobrego kolegę ojca, majora Hudkova (jego imię do teraz jako pierwsze widnieje na pamiątkowej tablicy braterskiej mogiły).

Powojenna wojna była nieszczęsna. Od czasu do czasu po udanych wojskowych operacjach przywożono zabitych banderowców i trupy rozkładano na podwórku milicji. Bramę do dworu otwierano, aby wszyscy chętni mogli przyjść i obejrzeć. Ludzie przychodzili, milcząco i pochmurnie spoglądali i nie mówiąc ani słowa, szli z powrotem. Dla wszystkich było oczywiste: tylko okażesz jakieś emocje, od razu cię zatkną, i dalszy twój los będzie ściśle powiązany z rozwojem gospodarczym Syberii. Bywały i przypadki, kiedy przychodziła matka, po raz ostatni patrzyła się na swego syna, i nie zmieniając wyrazu twarzy, szła do domu, gdzie już bez świadków płakała, rwała sobie włosy z głowy i przeklinała cały świat.

Pamiętam, jak skoro świt budziła się nasza ulica od głośnego płaczu, który rozlegał się tym czy innym podwórzem. To wywozili rodzinę, u której ktoś był powiązany z banderowcami. Przyjeżdżała ciężarówka, żołnierze NKWD bez wyjaśnień dawali godzinę na przeprowadzkę. Co zdążyłeś wrzucić do samochodu – to twoje. Potem całą rodzinę (od starych do niemowląt) zmuszali wsiąść do ciężarówki, i ci ludzie jadąc na zesłanie po raz ostatni spoglądali na dom, w którym się urodzili ich przodkowie, w których wyrośli oni sami i gdzie spodziewali się zobaczyć swoje szczęśliwe dzieci w szczęśliwym kraju. Ciężarówka mknęła na stację towarową, i przesiedleńców czekała bardzo długa podróż w wagonie towarowym, którego końcowym punktem było osiedlenie na Syberii.

I wtedy ja po raz pierwszy się zamyślałem: jakież to bezprawie – bez sądu i śledztwa odprawiać w niczym nie winnych ludzi (włącznie z dziećmi – moimi rówieśnikami) na zesłanie. Wysyłano tam setki tysięcy Ukraińców (tak samo, jak i mieszkańców Zachodniej Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii), a już po rehabilitacji, kiedy pozwolono na powrót, żywymi przyjeżdżały zaledwie setki. No cóż, wieczna pamięć ofiarom budowy świetlanej przyszłości ludożernego społeczeństwa!

Dalsze moje życie na Zachodniej Ukrainie tylko zwiększyło uwagę do jej mieszkańców. W odróżnieniu od obywateli ZSRR, z czyich świadomości w tym czasie już trzy dziesiątki lat wykorzeniano pojęcie „narodowość”, niszcząc język, kulturę, religię, zwyczaje i wszystko to, co może wyróżniać ludzi pod narodowymi względami – na Zachodniej Ukrainie, która poświęciła się nieustannej walce o stworzenie niezależnego ukraińskiego państwa, ludzie do tej pory z szacunkiem odnoszą się do wszelkich elementów i oznak, które dawały im prawo nazywać się Ukraińcami.

I nic dziwnego w tym nie ma. Tak było i będzie zawsze: to, co dominująca w imperium narodowość uznaje dla siebie za oznaki patriotyzmu (zachowanie swojej religii, zwyczajów, kultury i przede wszystkim języka; powaga do swojej historii, pragnienie do terytorialnej integralności i niepodległości – to w odniesieniu do innych narodów jest oceniane jako nacjonalizm. Bo inaczej dla panującej nacji pojawia się realne zagrożenie utraty monopolu na panowanie. Wystarczy podać taki przykład: w radzieckiej Ukrainie było sto sześćdziesiąt wyższych uczelni, ale w żadnej z nich nie prowadzono zajęć po ukraińsku. A w Wiedniu, stolicy Austro-Węgier, które tak „gnębiły” Ukraińców, stworzono Ukraiński Uniwersytet. Nawet w czasach Pańskiej Polski we Lwowie wychodziło 40 ukraińskich literackich czasopism, a w radzieckiej Ukrainie – tylko jedno (te dane wzięto z listu ukraińskiego radzieckiego poety M. Rylskiego do wodza wszystkich narodów – J. Stalina. M. Rylski przypłacił ten odważny list najwyższą karą). I w wielonarodowym ZSRR wszystkich nas (rosyjskojęzycznych) wychowywano w typowo okupacyjnym duchu – jedźcie pracować do dalekiego Tadżykistanu (albo do innej republiki) i nie przejmujcie się cudzą kulturą i językiem. Wy rozmawiacie wielkim, wspaniałym językiem i dlatego nie trzeba się przystosowywać do tej drugorzędnej nacji, z niską kulturą. To oni powinni (i będą!) uczyć się ogólnosowieckiej mowy panów. Ileż to języków i kultur małych narodów zniszczono! Ot i doczekaliśmy się, że Czukce w rosyjskiej Czukotce całkowicie utracili własny język i kulturę (nawet narodowe imiona), a na pobliskiej Alasce – dla porównania – kwitną mniejszości narodowe i ich języki. I ten proces w Rosji trwa, a za Putina nawet się nasilił. Całkiem niedawno zlikwidowano wiele narodowych okręgów autonomicznych (zwłaszcza tych, które mają spore zapasy cennych surowców) poprzez przyłączenie ich do składu etnicznej Rosji. I wszystko to zrobiono według najlepszych radzieckich tradycji – na prośbę ludów pracujących! W efekcie te narody utraciły nawet teoretyczną możliwość ogłoszenia swojej niezależności od Rosyjskiego Imperium.       

Można tylko pozazdrościć republikom nadbałtyckim i Środkowej Azji. Większość z nich, mając wielonarodowy skład, łatwo i szybko wysunęło jako warunek otrzymania obywatelstwa lub pracy na państwowej posadzie wymóg powagi do kultury kraju i znajomości języka. I od razu publika z okupacyjnym wychowaniem posypała się tam, gdzie łatwiej.

Takimi republikami okazały się Mołdawia i Ukraina. Jeszcze w stare dobre czasy większość wojskowych, zakończywszy służbę w tych republikach, nie wracał do swojego rodzinnego Swerdłowska lub Archangielska, ale osiadał w takich chlebowych krajach, jak południe Ukrainy lub Mołdawia. Ot i narodziły się takie absurdalne fantomy, jak Naddniestrze i rosyjskojęzyczne południe Ukrainy. Bezczelność wobec Ukrainy ze strony poszczególnych rusofilów wspierane jest przez politykę Rosji, która obecnie stara się szantażować wszystkie dawne republiki ZSRR. Czego tylko warta niezgoda na demarkację granicy z Ukrainą! Ale za tym stoi całkowite zagrożenie interwencją na teren sąsiada w celu przymuszenia go do miłości do Rosji (nawiasem mówiąc, w całym świecie przymus do miłości nazywa się gwałtem).

A nasze ukraińskie problemy z przyłączeniem Zachodniej Ukrainy do Centralnej i Wschodniej od razu nabrały szczególnie trudnego odcienia. Bowiem zjednoczenie Ukrainy było marzeniem zachodnioukraińskich patriotów walczących za stworzenie swojego niepodległego państwa. A tu okazało się, że w 1939 roku w miejsce austro-węgierskich i polskich okupantów otrzymali o wiele gorszych – radzieckich. Jakkolwiek by nie starała się radziecka propaganda przedstawiać działalność ZSRR w Europie Wschodniej jako kraju-wyzwoliciela, oczywiste jest jedynie to, że zamiast niemieckich okupantów przyszli radzieccy. Bowiem wyzwoliciel – to ten, kto zwolnił ciebie z niewoli i poszedł, pozwalając ci żyć jak ci się podoba (a ty mu za to jesteś na wieki wdzięczny). A jeśli on zostaje zamiast poprzedniego okupanta, to po prostu nastąpiła zmiana dręczycieli, a równocześnie pojawiła się nienawiść do nowego niewolnictwa i chęć walki za taką samą wolność, ale już przeciw nowych okupantów (nierzadko wspominając przy tym z sentymentem starych, którzy „jednak nie byli tacy źli”).

Ot i taka walka pojawiła się również na Zachodniej Ukrainie. Oddziały UPA momentalnie przełączyły się ze zbrojnego oporu wobec niemieckich dręczycieli na walkę przeciwko radzieckim okupantom. Ale ogromna tragedia polegała na tym, że i z jednej strony, i z drugiej, stali nierzadko spokrewnieni ze sobą Ukraińcy, którzy byli zmuszeni strzelać na siebie z pełnym przekonaniem o prawości swojej sprawy. Tu trzeba powiedzieć, że i jedni, i drudzy są godni naszej powagi i pamięci.

Próba pokazania banderowców jako najemców burżuazyjnego nacjonalizmu nie wytrzymuje żadnej krytyki. Oddziały walczyły w lasach Zachodniej Ukrainy do połowy lat 50-tych (ja sam widziałem ostatnich zabitych banderowców w 1955 roku), chociaż mogły tysiące razy pójść do Rumuni, Czechosłowacji, na Węgry, a stamtąd dalej w Europę. Ale one stały na ideowych zasadach walki za wolną Ukrainę, i społeczeństwo podzielało ich pragnienia: bez wsparcia zwyczajnych Ukraińców zbrojne oddziały partyzanckie walczące przeciw potężnej maszyny ZSRR nie wytrzymałyby i dwóch miesięcy. Moje słowa potwierdza doświadczenie analogicznej walki kaukazkich narodów przeciwko ogromnej potęgi Rosji. Przy milczeniu innych narodów odbywa się genocyd czeczeńskiego narodu. Przypomnijcie sobie fotografię Groznego – stolicy Czeczeni – po zajęciu go przez rosyjskie wojska. Dokładna kopia Stalingradu po zrujnowaniu go przez faszystów. Ale jeśli wtedy to byli Niemcy, to teraz na Kaukazie Rosjanie (obywatele Rosji) eksterminują Czeczenów (również obywateli Rosji). Jednak, mimo potęgi wojskowej maszyny Rosji, zdołać opór takiego maleńkiego narodu Rosja nie jest w stanie, gdyż opór czynią nie pojedyncze bandy terrorystów (jak twierdzi rosyjska propaganda), ale cały, choć i niewielki, ale dumny naród (co ważne, przy poparciu wszystkich kaukaskich narodów).

Dokładnie taka sytuacja była na Zachodniej Ukrainie. Jej mieszkańcy nic nie mieli przeciwko prostych mieszkańców ZSRR, ale uparcie opierali się radzieckiemu reżimowi, który budował się na przemocy, gnębieniu i kłamstwie.

W takim aspekcie należy rozpatrywać nie tylko naszych bohaterów, ale i ludzi, którzy walczyli w różnych krajach.

Daleko szukać nie trzeba. Wojna w Afganistanie. Iluż bohaterów Związku Radzieckiego ona narodziła. Odważni patrioci (z pozycji Sojuzu), ale okupanci i gwałciciele (z pozycji ludności Afganistanu). Kto ma rację?

A Bohater Związku Radzieckiego generał Dudajew! Po tym, jak stanął na czele ruchu wyzwolicielskiego czeczeńskiego narodu, w Rosji go uznali za terrorystę numer jeden, który z pomocą arabskich najemników chciał odłączyć prawowitą i nieodłączną część Rosji, czyli Czeczenię. Ale już opinia czeczeńskiego narodu na ten temat jest nieco inna: oni szanują Dudajewa jak świętego, który oddał życie za swój naród. I choćby jak starała się oficjalna rosyjska propaganda, ale w pamięci ludzi on pozostanie bohaterem, który oddał życie za niepodległość swojej ojczyzny.

Tak samo trzeba dziś rozpatrywać obraz Stepana Bandery. Przede wszystkim był politykiem, który nie żałował swojej wolności i życia dla niepodległości Ukrainy (którą, nareszcie, wywalczyliśmy w 1991 roku). Bandera siedział w więzieniach i obozach koncentracyjnych Polski i Niemiec, był zasądzony na śmierć za swoje poglądy polityczne i w końcu podle zabity przez radzieckiego agenta w Monachium.

W historycznym aspekcie można przywołać postać Iwana Mazepy. Z pozycji Rosji Mazepa to zdrajca. Ależ on przez 22 lata był hetmanem Ukrainy (a nie Rosji) i całe swoje życie poświęcił ukraińskiemu narodowi, a polityczną orientację budował na idei stworzenia niepodległego ukraińskiego państwa.

Anatolij FOKA (doktor nauk technicznych, profesor)

Dzerkało Tyżnia, № 8 (788) 27 lutego — 5 marca 2010

Z języka ukraińskiego tłumaczył: Jakub Łoginow, bratysławski korespondent tygodnika „Dzerkało Tyżnia”.

Źródło: www.porteuropa.eu



 

Kamentary
Kamentaroü niama.
Pakinuć kamentar
Nazoü:



Tekst:

Vašaje imia:

Vaš e-mail:

Uviadzicie litary z maliunku:
CAPTCHA



daslać list FORUM
Port Europa
Autorski portal ekspercki. Partner inicjatywy „Bałtycka Ukraina”.






:-)
Студия Mastak Online