Sardečna zaprašajem na veb-staronku mižnarodnaj inicyjatyvy “Bałtyjskaja Ukraina”
daliej ...Mało kto jest świadomy, że Gazociąg Północny to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest przemyślana polityka Rosji wobec krajów Regionu Bałtyku. Imponującej ekspansji gospodarczej Rosji towarzyszy jednak brak poszanowania dla ochrony środowiska morskiego, co jest wodą na młyn dla geopolitycznych przeciwników Moskwy.
Dlaczego Bałtyk?
Z perspektywy ośmioletnich rządów Vladimira Putina widać naocznie, że nadbałtyckie regiony Rosji są oczkiem w głowie byłego prezydenta, a obecnego premiera kraju. Wielomiliardowe inwestycje rządu federalnego w rozwój Sankt Petersburga można po części tłumaczyć sentymentem Putina wobec rodzinnego miasta, ale to tylko częściowo wyjaśnia problem. Począwszy od 1999 roku administracja Kremla prowadziła konsekwentną i przemyślaną politykę, której celem było wzmocnienie gospodarcze nie tylko „Wenecji Północy”, ale także Obwodu Kaliningradzkiego i Leningradzkiego, a w mniejszym stopniu – całej Północno-Zachodniej części kraju. W zamyśle Kremla, regiony zaliczane do „Rosji Bałtyckiej” oraz, co oczywiste, stolica kraju, mają stać się integralną częścią europejskiej przestrzeni dobrobytu. Jednak coś za coś: aby móc pompować w te rejony środki publiczne, Kreml musiał poświęcić interesy mieszkańców rozległych terenów leżących na południe i wschód od Moskwy (Kaukaz, Kubań, Daleki Wschód itp.), które zostały sprowadzone do roli „wewnętrznych kolonii”.
Po ponad ośmiu latach rezultaty tej polityki są dość wyraźne. Z jednej strony – skrajnie patologiczna sytuacja kaukazkich czy dalekowschodnich miast i wsi, a z drugiej – nie odbiegające niczym od Zachodu, bogate i dumne miasta nadbałtyckie (Petersburg, Kaliningrad) oraz najnowocześniejsze na Bałtyku porty. Dość wspomnieć, że największym bałtyckim portem kontenerowym jest obecnie Sankt Petersburg, co jeszcze piętnaście lat temu wydawało się nie do pomyślenia. A dwucyfrowa dynamika wzrostu obrotów rosyjskich portów oraz imponujące inwestycje są przyczyną swoistej fascynacji rosyjskością, które można obserwować u europejskich menedżerów branży morskiej. Fascynacji, której uległo również (a może przede wszystkim) środowisko morskie Trójmiasta.
Skąd to rosyjskie zainteresowanie nadbałtycką częścią kraju, które jaskrawo kontrastuje z polskim odwróceniem się plecami do morza? Włodarze Kremla doskonale wyczuli panujące obecnie tendencje, w których Region Morza Bałtyckiego staje się jednym z najbogatszych obszarów kontynentu, zachowując przy tym imponującą dynamikę rozwoju. W tej części Europy mamy kilku światowych liderów w dziedzinie ogólnie pojętego dobrobytu: takimi krajami są niewątpliwie wszystkie państwa skandynawskie oraz Niemcy. Polska, Litwa, Łotwa i Estonia – to z kolei europejscy liderzy wzrostu gospodarczego i kraje, które z sukcesem przeszły transformację. Do Regionu Bałtyku zalicza się także kraje peryferyjne – nie leżące nad naszym morzem, ale powiązane z nim funkcjonalnie (Czechy, Słowacja, Białoruś i Zachodnia Ukraina). Jeśli przyjąć ten punkt widzenia, Region Bałtyku jawi się nam jako ogromny obszar wielkich szans i możliwości, nieograniczonych wręcz perspektyw rozwoju międzynarodowego handlu, żeglugi i logistyki. Tu po prostu warto zaznaczyć swą obecność i rozwijać swoje „bałtyckie przyczółki” – co zrobiła nie tylko Rosja, ale nawet nie posiadająca dostępu do morza Ukraina (patrz projekt budowy ukraińskiego portu bałtyckiego w Elblągu i program „Bałtycka Ukraina” – www.baltic-ukraine.com/pl).
Według prognoz Szwedzkiego Instytutu Żeglugi, wysoka dynamika wzrostu gospodarczego Regionu Bałtyku powinna utrzymać się przez co najmniej najbliższe dwadzieścia lat. Ma to swoje odzwierciedlenie w dwucyfrowym w niektórych latach wzroście przewozów morskich i obrotów portów bałtyckich. Nic dziwnego, że tą drogą podąża również Rosja, która poprzez Bałtyk chce powrócić do swej roli światowego mocarstwa gospodarczego, postępując przy tym nie zawsze zgodnie z europejskimi standartami.
Rosyjska ekspansja
Rosjanie zawojowują Bałtyk metodami gospodarczymi, wykorzystkując przy tym aktywnie narzędzia polityczne. Horrendalnie drogi Gazociąg Północny stał się już symbolem tego, że Rosja po trupach i za każdą cenę będzie starała się zrealizować swoje imperialne zamierzenia. Jednak mało kto wie, że bałtycka rura to tylko jeden z wielu megaprojektów transportowych, które realizowane są w ramach rosyjskiej strategii „podporządkowania sobie Bałtyku”.
Niedawno dobiegła końca budowa od podstaw ogromnego rosyjskiego portu Ust-Luga niedaleko Petersburga. Cały czas modernizowane i rozbudowywane są rosyjskie porty w Petersburgu, Kaliningradzie, Bałtijsku i Swietłym – po to, by jak najszybciej zrezygnować z korzystania z pośrednictwa portów w politycznie nieprzychylnych Moskwie republikach bałtyckich. Dla zapewnienia dogodnego połączenia portów Zatoki Fińskiej z zapleczem realizowany jest projekt budowy syperszybkiej kolei i autostrady Sankt Petersburg – Moskwa, a w okolicach stolicy kraju ma powstać ogromne centrum logistyczne.
Działaniom tym towarzyszy kooperacja z portami „wrogich” republik bałtyckich i tworzenie unii portów Kaliningrad – Klaipeda oraz Windawa – Ryga – Tallin – rosyjskie porty Zatoki Fińskiej. Rosjanie prowadzą przy tym, w odróżnieniu od Polski, świadomą i spójną politykę morską oraz skutecznie lobbują za korzystnym dla nich przebiegiem międzynarodowych korytarzy transportowych.
Jednak najbardziej „imperialną” płaszczyzną rosyjskiej ekspansji gospodarczej na Bałtyku jest sfera paliwowo-energetyczna. Oprócz Gazociągu Północnego, Rosja rozbudowuje również infrastrukturę dla transportu ropy naftowej, aby docelowo zrezygnować z tranzytu tego surówca rurociągiem „Przyjaźń” przez Polskę, Ukrainę i Białoruś. Zamiast bezpiecznej dla środowiska i taniej drogi lądowej, Kreml zamierza transportować ropę statkami z nowo wybudowanego portu naftowego w Primorsku nad Zatoką Fińską. Port jest już praktycznie gotowy, ale dla rezygnacji z eksploatacji „Przyjaźni” Rosjanie muszą jeszcze dokończyć rozbudowę sieci rurociągów doprowadzających syberyjski surowiec do nowego terminalu.
Należy przy tym nadmienić, że dla uzależnionej od eksportu ropy Rosji Bałtyk jest tym, czym Gdynia dla przedwojennej Polski. Jest praktycznie jedynym niezależnym oknem na świat, które zapewnia możliwość prowadzenia imperialnej polityki. Oknem, również z naszej winy zbyt szeroko otwartym.
Takim naftowym „oknem na świat” nie jest natomiast Morze Czarne, choć rosyjskie porty czarnomorskie (niedoinwestowane, w odróżnieniu od bałtyckich) znajdują się znacznie bliżej od złóż surowców, niż Primorsk. Przyczyna tego jest banalnie prosta. Turcja, która ma duży (ale nie decydujący) wpływ na ustalanie zasad żeglugi przez cieśniny Bosfor i Dardanele, narzuca rygorystyczne zasady przewozu substancji niebezpiecznych, do jakich zalicza się również ropę. Są to zasady elementarne z punktu widzenia współczesnego podejścia do ochrony środowiska, ale tym niemniej mająca kłopoty z ekologią Rosja nie jest ich w stanie spełnić.
Największy truciciel Bałtyku
Bałtyk jest nie tylko morzem intensywnie eksploatowanym gospodarczo, ale przede wszystkim akwenem niezwykle brudnym i zdegradowanym. Jest to morze stosunkowo płytkie, o pięciokrotnie mniejszej powierzchni, niż powierzchnia jego zlewiska. Woda spływa rzekami z czternastu silnie uprzemysłowionych państw - oprócz krajów nadbrzeżnych również z części terytorium Czech, Słowacji, Ukrainy, Białorusi i Norwegii, co powoduje, że większość tych rzek jest de facto ściekiem. I te wszystkie zanieczyszczenia gromadzą się w płytkim i niemal zamkniętym Bałtyku, bo wymiana wód ze świeżą wodą atlantycką odbywa się jedynie przez wąskie i płytkie (maks. 15 m) Cieśniny Duńskie.
Dostrzegając te wszystkie fakty i zagrożenia, państwa nadbrzeżne, Międzynarodowa Organizacja Morska IMO, Komisja Helsińska (HELCOM) oraz Komisja Europejska podejmują szereg inicjatyw, mających na celu ochronę środowiska morskiego. Do najważniejszych działań należy ograniczanie dopływu zanieczyszczeń chemicznych, przeciwdziałanie eutrofizacji, a także ograniczenie ryzyka katastrof statków przewożących ładunki niebezpieczne, w tym tankowców. Kilka lat temu IMO nadało Bałtykowi status akwenu szczególnie wrażliwego (PSSA), jaki oprócz naszego morza posiadają jedynie najbardziej cenne i wrażliwe obiekty, takie jak Wielka Rafa Koralowa. Oczywiste jest przy tym, że konieczne w tej sytuacji ostre wymagania w zakresie ekologii i bezpieczeństwa morskiego oraz inwestycje proekologiczne na lądzie (np. oczyszczalnie ścieków) muszą kosztować – i wszystkie kraje, z wyjątkiem Rosji, przyjmują to jako coś oczywistego.
Niestety, rosyjska polityka jest zupełnie inna. Rosja co prawda jest stroną większości organizacji bałtyckich i porozumień na temat ochrony środowiska morskiego, lecz traktuje przyjęte zobowiązania z przymróżeniem oka. A zafascynowani potęgą i wdziękiem „Bałtyckiej Rosji” europejscy menedżerowie i specjaliści z branży morskiej tolerują ten stan rzeczy. Co więcej, otwarte wypominanie rosyjskich zaniedbań w tej dziedzinie uchodzi w środowiskach morskich, również w Gdańsku, za przejaw złego tonu, o czym dobitnie przekonał się chociażby autor tego artykułu.
Trudno tak naprawdę sprecyzować, z czym tak naprawdę Rosjanie mają największy kłopot, bo zaniedbania i brak świadomości ekologicznej widoczne są praktycznie w każdej dziedzinie. Dość wspomnieć, że do Bałtyku trafiają nieoczyszczone ścieki z Obwodu Kaliningradzkiego, bo Rosjanie nie skorzystali oferty rządu Szwecji, który chciał im sfinansować budowę oczyszczalni ścieków. W Rosji nikt nie myśli o takich „fanaberiach”, jak technologie czystszej produkcji i technologie małoodpadowe, selektywna zbiórka odpadów, oszczędność energii czy zarządzanie jakością ekologiczną wyrobów. Efekt – Rosja jest na pierwszym miejscu we wszystkich kategoriach raportu organizacji ekologicznej WWF poświęconym temu, jak poszczególne państwa trują Bałtyk.
Rosjanie jako jedyni nie uznają szczególnego statusu PSSA Bałtyku i używają przestarzałej, nieekologicznej floty tankowców. Według opinii oceanologów, w tej sytuacji pytanie, czy dojdzie do groźnej w skutkach katastrofy i rozlewu ropy jest niestosowne, należy natomiast zastanawiać się, gdzie i kiedy się to stanie. Moskwa tłumaczy swe postępowanie tym, że zastosowanie się do reguł uzgodnionych przez kraje Regionu Bałtyku poważnie uszczupliłoby ich dochody ze sprzedaży surowców energetycznych i jako biedny kraj nie może sobie na to pozwolić. W tej sytuacji można dojść do ciekawej konkluzji: Rosja pozycjonuje się jako „kraj na dorobku” i wyciąga rękę po europejskie dotacje, kiedy mowa idzie o ekologii, a równocześnie kreuje wizerunek „twardziela” , który realizuje oszałamiające inwestycje transportowe na Bałtyku i grozi zawojowaniem tego regionu.
Warto mieć to wszystko na uwadze zwłaszcza teraz, kiedy Unia przystępuje do rozmów z Rosją na temat nowego porozumienia o współpracy. Czy dyplomaci unijni wykorzystają argumenty ekologiczne chociażby jako mocny atut w niełatwych rozmowach z Kremlem i sposób na uzyskanie ustępstw? Dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że temat ten jest raczej pomijany.
Jakub Łoginow
Autor jest dziennikarzem ekonomicznym, korespondentem ukraińskiego tygodnika „Dzerkało Tyżnia” w Polsce i Słowacji oraz koordynatorem międzynarodowej inicjatywy „Bałtycka Ukraina” – www.baltic-ukraine.com, [email protected]
Artykuł pochodzi z miesięcznika "Stosunki Międzynarodowe" - marzec/kwiecień 2009
Zrównoważony rozwój dla wspólnej przyszłości.
