Sardečna zaprašajem na veb-staronku mižnarodnaj inicyjatyvy “Bałtyjskaja Ukraina”
daliej ...Śledźcie razem z naszym portalem "Bałtycka Ukraina" przygody flisaków wiślanych z Krakowa! Może za rok przepłyniecie razem z nimi królową polskich rzek - spod karpackich stoków aż do modrych wód Bałtyku. Zapraszamy do fascynującej lektury.
Dzień pierwszy
Załoga odnalazła się około 9-tej. Łodzie o 12-tej. Przed pierwszą wszyscy są na rzece. Od „0” wystartowali Ewa Ciepielewska, Grzegorz Bigaj, Adaś Kałuża lat 12, Retman Mietek Łabęcki, Przednik Janusz Sroka, Jasiu Nowak, Michał Nowak Jarek Skaźnik Artur L. Zakrzewski. Zaczynamy. Nie śpiewamy „Kiedy ranne wstają zorze” bo późno. Ale inną, równie dostojną tak. Płyniemy przez śluzy. Sami znajomi od kilku lat. Potem burza. Tylko nas liznęła. W Łączanach przywitał nas Czesiek Wójcik. Flisak, rocznik 1928.Od trzeciego roku życia pływał na galarze. - Bo nie było ze mną co zrobić- mówi o sobie.Pięknie opowiada o starych, flisackich czasach. Niestety zbliża się zmierzch i musimy się żegnać. Jeszcze tylko Grześ Bigaj „wślizgnął się do wody” i Spać.
Dzień drugi
Pierwsza śluza w Borku Szlacheckim i jesteśmy w Tyńcu. Cumujemy na przystanku tramwaju wodnego (???). Żenia i Bartosz dostarczają zaopatrzenie z brzegu. A my patrzymy na kawałek historii. Nie. HISTORII. Tutaj flisacy modlili się o szczęśliwy powrót, Tutaj traktowali rzekę poważnie. Jak my. W Krakowie na Wiśle ruch jak na dworcu w Koluszkach. Policja niemal lawiruje pomiędzy różnymi jednostkami. Tak sobie wyobrażam rok 1836 kiedy w spisie ludności Krakowa na 35000 obywateli Rzeczpospolitej Krakowskiej było 2500 flisaków! Cumujemy oczywiście u Państwa Morawców na przystani „Nimfy” ma pięćdziesiąt lat. Gratulacje. Żegna nas na Flis grupa grająca szantę flisacką Hambavenach i Grześ Świtalski. Wyszło bardzo dobrze. Żegnam się z żoną i Jackiem, synem Jasia, który miał na innym flisie straszny wypadek. Przypomniał i postraszył. My na Przewóz. Dołącza Józef Ratajczak. W maju chce płynąć flisem samotnym do Gdańska. Jutro przeprawa.
Dobranoc.
Dzień trzeci
Tym razem przez Przewóz przeszliśmy gładko. Aż dziwne. Cumujemy w Nowym Brzesku i na chwilę do Pana sekretarza Fulajskiego. Korespondencję zostawiamy w umówionym miejscu. Dalej do Chebdowa. Kościół piękny. Przygotowany na pierwszą komunię. Przystępuje sześcioro dzieci. Stół, na nim bochen chleba. Jak w wieczerniku. Będą miały piękną komunię. Dalej do ujścia Raby. Pyszny półwysep. Ognisko. Dołącza do nas Wojtek Taras. Dobranoc
Dzień czwarty
Rano mgła czyli flisacka mamka. Nie widać na pięć metrów. Czekamy. Nie było ciepło ale o 6.30 jesteśmy na łodziach. Chcemy do Gręboszowa. Stamtąd pochodzi Jakób Bojko autor „Flisu do trzeciego króla” 1907. Niestety msza już się zaczęła kiedy
cumowaliśmy w Opatowcu. Pomnik Marszałka na brzegu. Tu przechodził z kongresówki z Galicji. Idziemy na sumę. To 3 Maja. Na dodatek świętego Floriana i „już się kolegujemy ze strażakami”.Bardzo gościnni. I Pan wójt Barański i komendant straży Gwóźdź i pan właściciel piekarni (Bez kaszanki was nie wypuszczę). Jemy potulnie. Jeszcze wywiad z Panem Wcisło z promu i do Nowego Korczyna. Dołącza do nas doktor Radek, Ewa i Gaja. Tu wywiad z kolejnym panem Wcisło (prom Nowy Korczyn) i jeszcze jednym Wcisłą. Wszystko promowi.
Co najmniej od trzech pokoleń. Na brzeg za Korczynem i spać. Podobno udane zdjęcia w mieście. Kilka kilometrów i spać.
Dzień piąty
NIE WYCHODZĘ Z NAMIOTU. Mój syn Adaś ubrał buty i poszedł zobaczyć boży świat. Ja nie mogę. Na zewnątrz szron i lód. Patrzę w wyjście od piątej do piątej czterdzieści osiem. W końcu jednym skokiem do ogniska. Cieplej. Artur Ludwik nocą przysunął namiot do zbawczego ognia i też wesoło przeżył. Na łodzi zesztywniała z mrozu kurtka. Śniadanie i wychodzimy. Przed południem Połaniec. Upał . Znowu prom, którego współwłaścicielem jest kolejny Pan Wcisło. Wywiad z promowymi, zaopatrzenie w wodę ze źródełka na lewym brzegu. Promowi pokażą i dalej. Do Sandomierza. Upał straszny. W końcu cumujemy. Zatroszczył się o nas Tadziu Prokop z okrętu „Maria”, Grześ Świtalski Hambavenach i wiceburmistrz Marek Bronkowski. Rozkładamy się na „Marii”. Niespodzianka. Mamy zaproszenie na basen z transportem. Po prysznicu jesteśmy innymi ludźmi. Oglądamy miasto nocą. Retman wyjechał na dzień. Jutro dzień bosmański. Nie ma pływanki. Dobranoc.
Dzień szósty
Budzimy się na statku „Maria”. Po nocnej kanonadzie chrapania z ochotą rozpoczynamy dzień od zbijania budy. To taka drewniana konstrukcja, która na galarze chroni przed deszczem. Trzeba się spieszyć bo idzie deszcz a o 11-tej mamy spotkanie z Burmistrzem i młodzieżą, Sandomierza. Oczywiście gospodarzy Grześ Hambavenach. Miłe spotkanie, później Grześ pokazuje cierpliwie różne ciekawe rzeczy kamerze, Artur Ludwik rejestruje wydarzenia kulturalne. Otwarte miasto. Dziwne, że jeszcze sto lat temu flisakom do Sandomierza wstęp był wzbroniony. Teraz ten zwyczaj się zmienił. Burmistrz powinien to uroczyście i z pompą ogłosić.Mamy tu chwilę odpoczynku, tak jak Ci flisacy w 1939 roku. Warto wyjaśnić. Płyniemy , realizując materiał o wielkiej ucieczce Wisłą we wrześniu 1939 roku.Po wybuchu wojny już 3 września 1939 Kraków był zagrożony a linie kolejowe zniszczone. Opiekunowie zbiorów wawelskich spojrzeli na Wisłę jako ostatnią drogę ucieczki. Znaleziono galar ale jego właścicielowi niespecjalnie chciało się podczas wojny płynąć pod bombami. Kiedy jednak powiedziano mu o zawartości ładunku powiedział „Szwabom skarbów nie oddomy”. Tym flisakiem był Franciszek Misia z Łączan. Załadowano więc w tajemnicy arrasy i miecz koronacyjny królów polskich, który znamy jako Szczerbiec i po cichu ruszono w drogę. Wisła po suchym lecie była płytka, holownika nie było, zatem obecnych na galarze intelektualistów (w liczbie 32) Misia podzielił na cztery grupy, które razem albo na zmianę galar pchali. Dopłynęli tak do Sandomierza.Tu również nie było transportu. Popłynęli więc dalej do Kazimierza Dolnego, gdzie napotkali rozgarniętego naczelnika poczty, który ciężarówki załatwił. I tak dalej i dalej aż Szczerbiec dotarł ostatecznie do Kanady. My płyniemy jak oni. Z repliką miecza. Dobranoc
Dzień siódmy
Rano ostatecznie klarujemy łódkę i żegnamy sympatyczny Sandomierz. „Kiedy ranne wstają zorze” i w drogę. Pogoda się pogarsza i pogarsza. Wiatr niemal rzuca nas o brzegi. Zawichost. Wita nas Pan Luty – kolega Pana Stycznia. Obaj leciwi, zżyci z Wisłą. Znają się na łodziach. Radzą przycumować przy Zabełczu. Tam jest rodzina Pyziorów. Może jeszcze robią łodzie. Spacer do sadu klasztornego i piękny widok na Wisłę. Moim zdaniem najpiękniejszy. Siostra przełożona jest już przyzwyczajona do naszych corocznych wizyt. Miłe senne miasteczko. Płyniemy dalej. W Zabełczu mówią, że Pyziory teraz koszyki wyplatają i meble. Szkoda. Leje i wieje. Rzuca nas na lewy brzeg, do Basonii nie wstąpimy. A tam tyle drewnianych łódek. Prom ostatnio drewniany wybudowali Przemkowi Paskowi do Marka Rowki podobno jest kolejka żeby zrobił łódź. Dalej piękny Piotrawin, ale wiatr nie daje możliwości dobicia do brzegu. Podobno jedna z ładniejszych miejscowości. Przepraszam Pana Wiktora Core. Następnym razem. Jeszcze dwa kilometry ( ale jakie ) i wykończeni cumujemy w Solcu. Stąd jest nasz bat. Gospodarze wzięli nas do domów. Jedzenie z talerzy, łóżko i pościel. Komputer. Jacek Witkowski i Mietek Chądzyński – dziękujemy. Dobranoc.
Dzień ósmy
Jest pięknie. Jacek Witkowski obwozi kamerzystę po plenerach. Opowiada o łodziach. Żegnamy się serdecznie. Wiatr bardzo mocny. W końcu nie da się płynąć. Stajemy na wyspie. Obiad retmański z ogniska. Gaja znalazła ogromny kawał czarnego dębu. Bierzemy. Część załogi wykapała się w Wiśle. Pysznie. Wiatr ustał. Dalej. Cumujemy w Kazimierzu Dolnym. Najpierw oczywiście przy Dziuni – Stasia Pieklika. Wita nas Pan wiceburmistrz. Umawiamy się na spotkanie w Gdańsku i w miasto. Jakaś pizza, kurczaki z frytkami. Szaleństwo kulinarne (ale co to w porównaniu z obiadem retmańskim na wyspie ). Schodzimy na nocleg. Ponieważ trudno zacumować tam gdzie chcemy część załogi śpi na plaży, część na Dziuni. Niestety nie skorzystaliśmy z noclegu zaoferowanego przez Pana Burmistrza, ale jesteśmy niezmiernie wdzięczni. Na drugiej stronie Wisły biwak i ognisko. Z tej strony widać naprawdę Kazimierz. Księżyc. Jutro pełnia. Dobranoc.
Dzień dziewiąty
Z kazimierskiej plaży i równie kazimierskiej Dziuni wypływamy na modrą Wisełkę. Trochę smutno, bo na dwa dni opuszcza nas Bigaj i do końca flisu Wojtek. Powoli do Puław. Tam rozmawiamy z wędkarzem. Opowiada ładnie i za 2,5 złotego sprzedaje nam ryby na uchę. Przyprawia ją Artur Ludwik. Większości smakuje. Dla mnie paskudztwo bez soli. Płyniemy dalej. Przy dopływie Wieprza szepty wśród starych flisaków. Wrzeszczymy na Radka, który jest frycem. - Weź no sprysę – krzyczę – siodej na prawej burcie. - Tu jest diabelnie ciężki odcinek rzeki – dodaje Retman – jak źle zmierzysz sprysą wodę, leżymy. Wchodzimy w ujście Wieprza -Dźgej! – wrzeszczę. Radek pakuje kija do Wisły a wszyscy kwiczą jak zarzynane świnie. - Przebił wieprza – już wesolutko mówimy do siebie – przebił Wieprza. Radek zrozumiał, że zrobiliśmy mu starodawny (przynajmniej trzystuletni) rubaszny kawał.
Droga do Kalwarii upłynęła w upale i znoju. Tuż przed mostem kalwaryjskim (8km) zrobiliśmy zakupy i uzupełniliśmy wodę. Trzeba zaznaczyć, że zużywamy pięć litrów na osobę więc trochę tego jest. Kupiliśmy też piętnaście deko kiełbasy a sosu do ziemniaków „Z ty kiełbasy stykło dla wszystkich”. Cumujemy na pięknej wyspie. Artur znalazł trochę ceramiki średniowiecznej na plaży. Ognisko, dyskusja i spać.
Dzień dziesiąty
Od rana klar łodzi. Wypływamy do Góry Kalwarii po flisaków z Loary. Wstyd. Pomyliłem brzegi. Wracam zpodkulonym ogonem. Na Bata soleckiego wchodzą (pisownia polska) prof. Gąsowski i prof. Bretą. Zaznaczam, że pisownia jest odwetem za napisanie po francusku słowa „oryl” – inaczej flisak. Od pierwszej chwili znakomita komitywa. Profesor Gąsowski mówi, że tam (we Francji) na Wisłę mówią Loaratylko przez przypadek. Rozwijamy się w szyk wiślany. Na przodzie galar Ulanowski, potem żaglowy bat na końcu retmanka. Wygląda to imponująco. Na wyspie obiad na prawdziwym stole. Sos do ziemniaków z kilograma kiełbasy kupionej przez gości. Prawdziwa uczta (ja mogłem jedynie wylizać garnek) bo wydawałem obiad. Podczas ulewy wchodzimy do Portu Czerniakowskiego. Przemek Pasek wita nas chlebem i solą. Wreszcie możemy zobaczyć jego prom do przewozu krów z Basonii. Zrobiła się ogromna impreza przy ognisku. W końcu spotkały się w jednym miejscu trzy flisy: IV Królewski, Mazowiecki i chłopaki z Loary (chyba ostatni raz bez łodzi).Dla mojego syna spotkanie zbyt mocne. Dostałem ochrzan jak od żony. Przepraszam. Do załogi dołączył nowy fryc. Do Franusów spać. Dobranoc.
Dzień jedenasty
Szycie żagli, naprawy, koncert grupy „słońce i księżyc”, tylko po łacinie. Co za śpiew. Fenomenalny. Czekamy na Pana Prezesa KZGW. Spotkanie nie wyszło. Przyjechał natomiast Pan Zieliński z RZGW. Bardzoprzyzwoity człowiek. Chcieliśmy zadać kilka pytań Panu Prezesowi. Pan Prezes jednak nie mógł wpaść. Był naprawdę usprawiedliwiony. Mamy nadzieję, że latem jednak się uda.
CDN
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dowiedz się więcej:
Zrównoważony rozwój dla wspólnej przyszłości.
