
Sardečna zaprašajem na veb-staronku mižnarodnaj inicyjatyvy “Bałtyjskaja Ukraina”
daliej ...
Jednym z zasadniczych praw obywatela cywilizowanego społeczeństwa jest prawo do informacji. Mówi się, że światem rządzi informacja. Jeśli nad tym pomyśleć – jest w tym sporo racji. Inna rzecz – jej jakość. Rzeczywiście, otrzymując pewną informację, my powinniśmy dokładnie sobie uświadomić: kto, jak i po co stara się „implantować” ją w naszą świadomość. Stąd wypływa kwestia zaufania do źródła informacji. I właśnie pragnienie przekonania czytelnika, że „Dzerkału Tyżnia” można wierzyć, było naszym głównym celem w ciągu całych 15 lat istnienia naszej gazety.
Nie ma na świecie dziennikarzy, którzy nie chcą, by im wierzono. Ale od „chcieć” do „zrobić” jest jeszcze długa droga. Niemal zewsząd pojawiają się pokusy, ryzyka, a niekiedy i groźby. Jesteśmy dalecy od tego, by heroizować tych, kto pokonuje te wszystkie przeszkody, gdyż w tym nie ma heroizmu, ale zawodowy obowiązek. Ale takie postępowanie nie każdemu się udaje.
Rodzynkiem „Dzerkała” była i jest analityka. Na tle szalonej, „taśmowej produkcji” panującej w ukraińskich mediach my pracujemy „ręcznie” nad „pojedynczymi wyrobami” i zdaje się, mamy czas, aby się zatrzymać, obejrzeć się za siebie. Ale rzecz w tym, że poszukiwanie odpowiedzi na pytanie „jak?” i „po co?”, delikatnie mówiąc, nie jest łatwiejsze, niż pytanie „co?”.
Współczesny dziennikarz często po omacku porusza się po informacyjnym polu minowym, naszpikowanym „przeciwpiechotnymi” minami kompromatu i „przeciwczołgowymi” ładunkami zaangażowania. Jakikolwiek zły krok może zniszczyć jedyną cenną rzecz, jaką realnie posiada – jego imię, ten zdobyty w ciężkich trudach osobisty „znak jakości”. Brzmi, być może, pyszałkowato, ale odpowiada rzeczywistości.
I po tym „polu minowym” my już chodzimy 15 lat... Nie powiem, że przez ten czas nasza rota nie poniosła strat. Mam na względzie nie naszych kolegów, którzy przeszli na tamten świat – wspominamy o nich często, z bólem i wdzięcznością. I nie tych, z kim do pożegnania się z nami zmusił kryzys – oni zrobili dla „Dzerkała” wiele. Ale były też osoby, dla których standardy naszej gazety okazały się zbyt trudne. Nie dali rady...
W lipcu rzuciliśmy wyzwanie: każdy, kto przyniesie do redakcji pierwszy numer „Dzerkała Tyżnia”, będzie nagrodzony roczną prenumeratą. W ciągu ostatnich trzech miesięcy nie znaleźliśmy żadnego pretendenta na tę nagrodę. I nic dziwnego, ponieważ niewielki nakład pierwszego wydania, który wyszedł bez żadnej reklamy, poszedł głównie pod nóż, stając się w ten sposób najrzadszym rarytasem. Ale gdy go przejrzysz – zdziwisz się: ileż tematów, poruszonych wtedy przez gazetę, pozostaje problematycznymi również obecnie.
Te same problemy, te same twarze, ten sam brak woli politycznej... Jeśli mówić otwarcie, my już zmęczyliśmy się beznadziejnymi próbami dostukania się do rozumu i serca możnowładców, spodziewając się zostać wysłuchanym. Od poruszenia palących problemów na łamach gazety do momentu, jak władza zwróci na nie uwagę, mijają lata, uciekają niewiadomo gdzie miliardy, marnują się takie korzystne dla państwa działania, wspinają się po schodach kariery jawnie nieużyteczni urzędnicy... A później, schodząc z państwowego Olimpu, dawni rozgrywający losów kraju zapytują nas: „Wy takie słuszne rzeczy piszecie. Oni was przecież czytają, więc dlaczego nie słuchają?”. „A pan by słuchał?” – pytamy w odpowiedzi. Nie wiedzą, co odpowiedzieć...
Pamiętacie słowa z kultowej pieśni dziennikarzy: „...A wszystko to dla kilku wierszy w gazecie”? Ale my to robimy nie dla wierszy, ale dla sprawy. Każdy, kto pisze dla gazety maleńką informację albo duży artykuł, powinien pomyśleć najpierw nad pytaniem: po co? I jeśli wszystkie wysiłki idą jak woda w piasek, można opuścić ręce. Ale byłoby to równoznaczne z porzuceniem chorego, aby radził sobie sam.
My nie zbrązowieliśmy. Jakie by złote pióra nie pracowały w redakcji, my rozumiemy: tym „żółwiem”, na którym mocno stoi świat „Dzerkała Tyżnia”, jest praca autorów. Jesteśmy szczerze wdzięczni tym autorom, którzy od pierwszych numerów postawili swoje pewne ramię nowej gazecie, jak i tym, którzy mimo symbolicznych honorariów, dzielą się z nami ideami, planami, wynalazkami i poszukiwaniami również dzisiaj. Wiemy, że dla nich „Dzerkało” – to nie pusty język, ale, jak i poprzednio, terytorium wolności słowa i poglądów. Internet dał nam możliwość zrobić krok daleko za granicę kraju, na wszystkie kontynenty. Tak, tak, nie śmiejcie się – to nie mania wielkości. My, na przykład, byliśmy wzruszeni noworocznymi życzeniami z Antarktydy, ze stacji Bernadzkiego.
Być może, staliśmy się już mniej zawzięci, bardziej doświadczeni. A jeśli już czegoś się boimy, to utraty dobrego imienia. Powiecie – ambicji? Jest jej trochę. Gdyż bez niej jakikolwiek twórczy człowiek przetworzy się na rzemieślnika. Najważniejsze, aby dla tej ambicji były podstawy, bez których wyrasta szkodliwy chwast – zarozumiałość.
Mówi się, że jak nie chcesz pracować – to znajdź swoją ulubioną sprawę, a jeśli jeszcze cię otaczają myślący podobnie do ciebie – to uznaj, że w życiu ci poszczęściło. Właśnie w ten sposób żyjemy. A jak konkretnie – nie wam to powiedzą ci, kto pracuje w „Dzerkale” od pierwszego numeru.
Z pozdrowieniami dla polskich sympatyków - zespół „Dzerkała Tyżnia”
Z ukraińskiego tłumaczył: Jakub Łoginow, polski korespondent „Dzerkała Tyżnia”
Czytaj też: http://www.baltic-ukraine.com/pl//515/
Wszystkich zainteresowanych zapraszam do kontaktu i współpracy. Więcej informacji: portal „Bałtycka Ukraina” – www.baltic-ukraine.com/pl, www.porteuropa.eu - Jakub Łoginow
| daslać list | ![]() |
FORUM | ![]() |
Autorski portal ekspercki. Partner inicjatywy „Bałtycka Ukraina”.





